niedziela, 23 grudnia 2012

Słowo na Święta

  Piszę te kilka słów w przerwie między pichceniem a sprzątaniem domu przed tym wyjątkowym okresem. Dla tych wszystkich, którzy byli dość cierpliwi lub odważni żeby wpadać na tę stronkę aż do tej pory.
  Wielkie dzięki za Waszą obecność i komentarze. Nie ma co prawda tego zbyt wiele, ale dzięki temu mam poczucie pewnej kameralności. Wiem, że niektórzy z Was nie przepadają za Bożym Narodzeniem, jednak okres, w którym ludzie ciągną ku sobie często pokonując setki kilometrów jest wyjątkowy. Niezależnie od ewentualnej sztuczności gestu.
  Wiele osób w tej chwili uśmiechnie się głupio, splecie dłonie za plecami, oczkami zacznie obserwować pajęczynę na suficie i rzeknie "No, ja jestem kiepski/a w składaniu życzeń". Uraczę Was czymś konkretniejszym, bo podobnych tekstów jeszcze się nasłuchacie.
  Na nadchodzące dni życzę Wam:
  • Braku wspomnianej sztuczności. Żeby ludzie z Waszego otoczenia otworzyli się na swoich bliskich i otrzymali w zamian zrozumienie dla ludzkich słabostek.
  • Żeby przygotowania do Bożego Narodzenia nie były dla Was torturą, tylko kosztami sukcesu.
  • Żeby godziny kombinowania nad jedzeniem były warte poświęconego wysiłku.
  • Spokoju. Żebyście mogli bez wyrzutów sumienia napełnić brzuchy świątecznymi specjałami, przywdziać sweter doręczony przez jednego z licznych pośredników Świętego Mikołaja i leniwie obserwować spadający za oknem śnieg.
  • Żeby wspomniany już śnieg stopniał w diabły i mróz nie przenikał przez cztery warstwy ubrania.
  • Cierpliwości do ludzi. Oni zawsze wywiną jakiś numer. 
  • Żebyście nacieszyli się kilkoma dniami bez stresu.
  Jeszcze raz dziękuję za Wasze odwiedziny. Wesołych Świąt i niech Bóg Wam błogosławi. Trzymajcie się!

                                                                                                       Szarozielony
     

wtorek, 18 grudnia 2012

Demokracja to dziwka

 Wczoraj przeczytałem dosyć ciekawy artykuł na Wirtualnej Polsce. Dotyczy on oczywistych konsekwencji po wprowadzeniu w życie zapowiedzianego przez prezydenta Hollande'a podatku dla bogatych. Według danych podanych w artykule będzie on obowiązywał ogromną liczbę osób - aż 1500. Jak wyliczyli redaktorzy WP, dzięki temu Skarb Państwa zostanie zasilony rocznie przez... uwaga, uwaga!... 210 milionów euro!
  210 milionów! Dość kasy, żeby naprawić gospodarkę kraju, a jeszcze zostanie na darmowy szampon dla najuboższych!
  Żarty na bok. Sposób myślenia socjalistów mnie przeraża. 210 milionów to NIC. Masz w kraju grupę ludzi, którzy posiadają sporo kasy. Rozsądni ludzie taką kasę zainwestują. Do obrotu wpłynie całkiem niemało pieniędzy oraz zwiększy się kapitał. W konsekwencji mogą powstać spółki, gdzie wiele osób może dostać pracę. Fajna rzecz w dobie kryzysu, co? I nagle wpada Pan Socjalista, który wyciąga w stronę potencjalnego inwestora łapę i prosi: "Oddawaj trzy czwarte swoich dochodów, kapitalistyczna świ... TFU! Bogaty obywatelu! Potrzebujemy jej na zasiłki dla imigrantów!". Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy milioner w odpowiedzi rzekł "Adieu!".
  Znany aktor, Gerard Depardieu w odpowiedzi na absurdalne stawki podatkowe zrobił to, co każdy z nas uczyniłby na jego miejscu - przeniósł się do Belgii.
  Wyobraźcie sobie larum, jakie się podniosło.
  "Pan Depardieu porzuca pole bitwy w najgorętszym czasie walki z kryzysem" - skarży się obecny premier. Jak śmiesz, Gerard? Wracaj tu natychmiast ze swoimi milionami! Biedny aktor znalazł się w ogniu krytyki. Ludzie, którzy z dumą uważają się za "przede wszystkim Europejczyków" zarzucają mu niepatriotyczne zachowanie. Że wypina się na ojczyznę, która go potrzebuje.
  Wytłumaczcie mi proszę, kto głosuje na takich ludzi? Wystarczy obiecać, że będzie się gnoić bogatszych od nas żeby zyskać naszą aprobatę? Czy ktoś pomyślał o konsekwencjach dla już kulejącej gospodarki przed zagłosowaniem na socjalistów?
  Z czasem na wierzch wypływa co raz więcej wad systemu demokratycznego. Wystarczy polizać po tyłku jednostkę nieinteresującą się sprawami kluczowymi i już możemy liczyć na jej poparcie. Temu obiecam zasiłek, temu refundację, jeszcze innemu skrócę czas pracy. Dendrofilowi pozwolę wziąć ślub ze swoim drzewkiem i adoptować dzieci. Imigrantom zapewnię łatwiejsze zdobycie obywatelstwa i obiecam kupę kasy za nic nierobienie. Mam ogromne poparcie. Wygrywam wybory. W pewnym momencie siadam i zaczynam się zastanawiać: "dlaczego, do cholery, wszystko się wali?".
  Zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej by było traktować partie socjalistyczne jak organizacji przestępczych. Pomyślcie: ściąganie gigantycznych haraczy, przez co mniej kasy zostaje na działalność inwestycyjną - to ewidentne działanie na szkodę gospodarki, a w konsekwencji Państwa. Już pomijam na co rzeczone organizacje chciałyby je wydawać, bo aż się człowiekowi żyć odechciewa.
  Doskonale rozumiem ludzi, którzy dają stamtąd nogę. Bonne chance, monsieur Depardieu!
           
                                                                                                                               Szarozielony

   Tutaj macie link do artykułu, jakbyście chcieli się zapoznać z treścią.

 

czwartek, 6 grudnia 2012

"Mój partner..." zaczęła, zadzierając nosek...


  Na jednym ze spotkań towarzyskich wywiązała się dość nietypowa dyskusja. Dotyczyła postępującego trendu w nazewnictwie relacji towarzysko-uczuciowo- społecznych. Zaczęło się, podczas typowej dla okazji pogaduchy na temat kontaktów damsko-męskich. Kolega dla dodania sobie powagi uniósł nieco szklankę i rozpoczął (a raczej podjął próbę rozpoczęcia) wywodu słowami "Zdarza się często, kiedy partner...".
   Kolegę serdecznie pozdrawiam i przepraszam za brutalne wejście w słowo jakie nastąpiło sekundę później.
   "Jaki, kurde, PARTNER?!" - zainteresowałem się."Dosyć dziwne określenie na kogoś, z kim wiąże Cię dosyć silna więź emocjonalno-biologiczna (hy, hy!). Strasznie oficjalnie, nie sądzisz? Skoro czyjś chłopak/dziewczyna to dzisiaj "partner" lub "partnerka" (ach, jak nowocześnie!) to jakiego określenia będziecie używać za parę lat? Czy kochanek zyska oficjalnie miano "współkopulanta"?
   Koleżanka, która była tego wieczoru w wyjątkowo dobrym nastroju prosiła mnie abym pociągnął ten temat na blogu. W myśl zasady, że damom się nie odmawia (zbyt długo) trzeba było w końcu to uczynić. Co prawda fakt zaistniał jakieś dwa miesiące temu, ale lepiej późno niż wcale. A sympatyczną koleżankę pozdrawiam.
   Czemu wkurzam się za tego "partnera"? Jak już wspomniałem kojarzy mi się to z niesamowitym spłyceniem relacji międzyludzkich - najważniejszych rzeczy w życiu. Partnera to ja mogę mieć w interesach, w pracy. Mogę mieć partnerkę od tańca (abstrahując od faktu, że mało która pani by ze mną wytrzymała w takim układzie). Partnerstwo taneczne (czy szachowe, biznesowe i tak dalej) to swojego rodzaju porozumienie.
    Przychodzimy -> robimy to, co umówiliśmy się że będziemy robić -> kończymy -> każde idzie w swoją stronę -> kontakty towarzyskie? Zdarza się, ale musu nie ma. Oczywiście o ile nie zagrozi to naszemu bezcennemu układowi.
   I ja używając takiego nazewnictwa mam zrównać wspomniane przykłady ze związkiem między kobietą i mężczyzną? Zastosować ten sam schemat działania? Trąci patologią. Patologią tragiczną w skutkach. Zwłaszcza, że "partnerski" sposób przedstawiania relacji staje się co raz częściej używany. Zauważcie, że nasi ukochani celebryci rzadko kiedy mówią o ludziach, z którymi wspólnie wędrują przez życie (najczęściej przez jeden krótki odcinek) inaczej niż "partner" czy "partnerka". No, ale ludzie z syndromem "HEJ! PATRZCIE NA MNIE!" nigdy nie jawili się w moich oczach jako szczególnie wartościowi.

   Ciekawe, jak to się rozwinie w przeciągu dziesięciu lat? Jak spłycamy relacje, to po całości!

  Ojciec - spłodziciel
  Matka - spłodzicielka
  Dziecko - osiemnatoletnie zobowiązanie finansowo- prawne (w skrócie osie-fin-pra)
  Przyjaciel - partner konwersacyjno- rozrywkowy
  Babcia -  bezpłatny nadzór nad osiefinprą + catering
  Dziadek - bezpłatny nadzór nad osiefinprą + moduł rozrywkowy
  Zwierzak domowy - dodatek do odzieży wyjściowej. Napęd na żarcie, ale za to wyjdziemy na pro-eko!

  Obrzydliwe, co?

  Macie jakieś ciekawe pomysły na dopełnienie powyższego słowniczka?

                                                                                                                               Szarozielony

niedziela, 2 grudnia 2012

Półtora miesiąca bez aktualizacji



  Czemu to uczyniłem? Albo lepiej: czemu nic nie uczyniłem? Zakładać swój własny kącik w Internecie, publikować w nim swoje wypociny tylko po to żeby nagle olać sprawę? Jestem załamany własną postawą.
  Muszę się ogarnąć.
  Teraz jak już się przełamałem przerywając milczenie trzeba będzie zadbać trochę o bloga. A w zasadzie dwa blogi. Jedynym problemem jest  motywacja, która była uprzejma ulecieć jakiś czas temu i brak weny twórczej. O czym pisać, do jasnej ciasnej? O polityce? Nieliczni komentatorzy zaczęliby walczyć na śmierć i życie, a przecież nie o to chodzi. O uczelni? W tym roku będę się bronił, więc może jakiś materiał na notkę się znajdzie. O moim psie? Introwertyczna i paranoiczna - tutaj bez zmian. W przeciwieństwie do mnie jest wyjątkowo konsekwentna. Moje przemyślenia? Ciekawe jak długo można się dzielić z internautami rezultatami swojego rozkminiania bez bycia zaszufladkowanym w kategorii "Uwaga, kompletny psychol". W sumie parę osób z cyberprzestrzeni już mi to sugerowało. Ach, te Demotywatory... może i jakość serwisu leci na pysk, ale na pluralizm poglądowy użytkowników nie ma co narzekać. Pełno tam naprawdę wściekłych ludzi nieświadomych faktu, że z ludzi prezentujących swoje poglądy stali się wulgarnymi trollami. Biedactwa. Rozmowa z nimi przypomina szturchanie kijem wściekłe pawiany przez pręty klatki. A przynajmniej tak zakładam, nigdy nie szturchałem pawianów. Trzeba być wyjątkową mendą, żeby stosować takie praktyki. W takim razie czemu stosuję je na ludziach? Czyżbym był cholernym sadystą z nadmuchanym ego? Może te kilka tysięcy punktów za komentarze na Demotywatorach i dwa gościnne występy na Mistrzach przewróciły mi w głowie? Internecie, coś Ty ze mną zrobił? Dlaczego przeszedłem od tragedii leniwego blogera do szturchanych pawianów?


  Stało się! Consumantum est! Przeczytałem powyższy akapit napisany jednym tchem i widzę tam wyłącznie bełkot szaleńca. To oficjalne - odwala mi. Chociaż ludzie lubią psycholi. Taki Joker od Batmana... STOP!
Będzie tych dygresji!

  A teraz na poważnie: to, co właśnie przeczytaliście, drodzy Odbiorcy, to rezultat pewnego eksperymentu. Pewna osoba (serdecznie pozdrawiam!) poradziła mi remedium na niemoc twórczą. Chodzi o to, żeby siąść i zacząć pisać o tym, co się akurat nawinie. Metoda jak widać zadziałała, choć efekt jest przerażający. Oznacza to jednak, że powrót do bloga będzie łatwiejszy niż przypuszczałem. Szkoda by było tak to zostawić, w końcu sam Wujek Google mnie kojarzy (nie wierzycie, sprawdźcie).
  Wpadnijcie za jakiś czas. Zamierzam się ogarnąć i zadbać trochę o mój kawałek Internetu. Trzymajcie się!
                                                                                                         
                                                                                                                       Szarozielony. 

piątek, 19 października 2012

Dekalog dla każdego



  Tego dnia leżałem sobie na kanapie wcinając pączka. Moje luźne myśli przelatywały sobie od jednego tematu od drugiego bez żadnej konkretnej konkluzji. Ot, typowy dla mnie trans. W końcu nie wiedzieć czemu rozważania zeszły na religie, a konkretnie elementy wspólne dla wszystkich znanych mi wyznań. Porówałem chrześcijańskie Dziesięć Przykazań do zaleceń panujących w innym systemie wierzeń. Byłem pod dużym wrażeniem konkluzji, jaka z tego wynikła: Dekalog zawiera w sobie zasady będące rdzeniem ogólnie pojętej moralności i etyki. Chrześcijanin, Ateista czy nawet Politeista - każdy człowiek uznany za dobrego, kierujący się w życiu wartościami przestrzega również chrześcijańskiego Dekalogu. Chcecie uzasadnienia? No to po kolei:

1. Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną.

   To przykazanie wymaga konsekwencji w swoim stosunku do religii. Jak uważamy się za Chrześcijan - dostosowujemy się do nakazów chrześcijaństwa. Buddyzm - tak samo. W przypadku ateizmu również - albo wierzymy w Boga, albo nie. Inaczej rodzi się ciekawe zjawisko znane w społeczeństwie jako "wierzący, ale niepraktykujący". Jestem zafascynowany postawą tych ludzi.
-"Wierzę w Ciebie, Panie Boże, ale nic mnie nie obchodzisz!"
[50 lat później]
-"Panie Boże, no, tego... wspominałeś coś o Życiu Wiecznym? Wiem, że między nami się nie układało, ale byłem grzeczny i w ogóle... Da się zrobić?"

2. Nie będziesz wzywał imienia Boga twego nadaremno.
   Poza zwyczajowym nie używaniem imienia Boga jak przekleństwa (w mojej opinii jest to najbardziej olewane przykazanie) odnosi się do traktowania swojej i cudzej wiary z szacunkiem i pełną świadomością że jest to rzecz ważna, na której ludzie budują swój sposób postępowania.

 3. Pamiętaj, abyś dzień święty święcił.
   W każdym systemie wierzeń występują dni i okresy szczególnie istotne z punktu widzenia religii. Człowiek wierzący niezależnie od wyznania powinien czcić je w stosowny sposób.

4. Czcij ojca swego i matkę swoją.
  To chyba nie wymaga tłumaczenia. W KAŻDEJ kulturze panuje pogląd, że starszym od nas należy się szacunek. W szczególności rodzicom.

5. Nie zabijaj
6. Nie cudzołóż
7. Nie kradnij

 Tutaj wyjaśnianie jest zbędne. Te trzy czynności są potępiane w każdej kulturze. Przynajmniej oficjalnie...


8. Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu.
   Nie rozsiewamy fałszywych plotek. Nie używamy kłamstwa przeciw innym ludziom - jest to powszechnie uważane za niemoralne.

9. Nie pożądaj żony bliźniego swego
10. Ani żadnej rzeczy, która jego jest

  Tu mamy przestrogę przed zazdrością. Paskudna sprawa, która może kompletnie zniszczyć stosunki z drugim człowiekiem.

  Wniosek: niezależnie od wyznania osoba przestrzegająca (nawet nieświadomie) Dziesięciu Przekazań może zostać uznana za przynajmniej przyzwoitą. A może się mylę? Zapraszam do dyskusji.
                                                                                                                          Szarozielony

środa, 10 października 2012

Kac moralny na wykładzie

  Witam wszystkie osoby wpadające na ten blog mimo jego długiego nieaktualizowania. Muszę się ostro wziąć się do roboty w tym temacie. Wypadało by też, abym w końcu skrobnął parę słów na Wirtualnych Emocjach. Pomysły już są, pozostaje tylko rzecz najtrudniejsza: przysiąść i wziąć się do roboty.
  Materiałem na dzisiejsze przemyślenia jest jeden z odwiecznych zgrzytów w szkolnictwie wyższym. Ale po kolei:
  Tego dnia odwiedziłem wydział celem wysłuchania jednego, jedynego wykładu. W planie mam dwa, ale pierwszą rzeczą, jaką uczynił wykładowca było odwołanie zajęć w przyszłym tygodniu. Jest to człowiek tak luźny, że aż budzi niepokój. Wracając do tematu - wraz z kilkoma odważnymi z mojej grupy zająłem miejsce w auli. Mieliśmy już styczność z tym profesorem i spodziewaliśmy się tragedii. Niestety, nie pomyliliśmy się.
  Nie chodzi o to, że profesor G. ma trudny charakter, bo nie ma. Prywatnie jest to człowiek przeuroczy. Sprawę, z jaką odwiedziłem go na dyżurze załatwiliśmy w kilka minut w miłej atmosferze. W przeciwieństwie do niektórych jego kolegów, do których najpierw trzeba wystać godzinę, a potem tłumaczyć się w jakim celu kalamy swoją obecnością ich gabinet. Powtórzę: nie mam żadnych zastrzeżeń do profesora G. jako człowieka.
  Ale te wykłady...
  G. wygląda na jakieś osiemdziesiąt lat. Niestety, BARDZO to się przekłada na jakość zajęć. Polegają one na przepisywaniu definicji nakreślonych na foliowych slajdach i "omawianiu ich". Sęk w tym, że same definicje, cechy i tak dalej są tak ogólnie nakreślone, że studenci nie wyrabiają z chłonięciem banałów. Przez ostatnie półtora wykładu G. omawiał nam definicje (wiele), rodzaje i cechy jednego pojęcia. Chodzi mianowicie o "planowanie". Jak widać występuje tu ten sam problem co w każdym przedmiocie z dziedziny ogólnie pojętego zarządzania- wpierdylion definicji do wyuczenia, zero konkretów.
  G. stał za biurkiem i mówił, co jakiś czas chichocząc cicho pod nosem z własnego żartu. Wydawał się tkwić myślami w innym wymiarze, gdyż nie reagował na nic, co działo się w auli. Siedziałem na swoim rozkładanym krześle naiwnie dzierżąc długopis. Zerknąłem w prawo: koleżanka zaczęła czytać jakąś powieść Stephena Kinga. Z lewej kolega z wyrazem skupienia na twarzy grał w pokera na swoim telefonie. W pewnym momencie jego oblicze się rozjaśniło, gdy udało mu się ułożyć strita i wyjść na prostą. Przynajmniej jedna osoba myślała o swojej przyszłości.
  W tym momencie zaczęły mnie dręczyć wyrzuty sumienia. Powinienem chłonąć wiedzę emitowaną przez starego profesora i wykorzystać ją w przyszłości! A może to nie są tylko banały? Może to banały z drugim, trzecim i czwartym dnem? Może G. tylko udaje nieogarniętego i śledzi, kto na sali uważa na wykładzie? Niestety. Pomimo moich tytanicznych wysiłków nie dałem rady skupić się na tych zajęciach. Czułem się paskudnie. Zwłaszcza ze świadomością, że wiele osób oddało by wszystko żeby móc się uczyć.
  Warto w tym miejscu wspomnieć casus profesora Ś. Niewymawiane "ł" sugeruje, że starzec pochodzi ze Wschodu. Jego wykłady (na które razem ze mną chodziło góra dwadzieścia osób) polegały na tym, że szanowny profesor otwierał podręcznik swojego autorstwa w Microsoft Wordzie i czytał go. Kiedy przyszło do zaliczenia przedmiotu egzamin pisali ci, którym nie udało się zdobyć piątki z ćwiczeń (mniej więcej połowa roku). W pierwszym terminie go zaliczyła jedna osoba.

  Pytanie do Was: czy wyrzuty sumienia w przypadku takich wykładów są na miejscu? Czy istnieje coś takiego jak bezwartościowe wykłady, które można bez problemu omijać? Dlaczego na każdym wydziale znajdzie się staruszek zaniżający poziom? Z całym szacunkiem i sympatią do staruszków, rzecz jasna.

czwartek, 27 września 2012

Aż strach zwiedzać!

  Witajcie. Ostatnio miałem okazję wziąć udział w wycieczce z przewodnikiem. Od pierwszych chwil spędzonym z grupą  zacząłem co raz bardziej pogrążać się w rozmyślaniach. Dobry znak, że niebawem będzie o czym pisać (czytaj: pomarudzić).
  Poprzez głęboką analizę wszystkich grupowych wycieczek w jakich brałem udział starałem się dotrzeć do źródła mojej głębokiej niechęci do tego sposobu zwiedzania. Powodem są, rzecz jasna ludzie, a raczej typy człowieka, które występują w sposób tak częsty, że znowu zaczynam się zastanawiać, czy światem nie rządzi jakiś algorytm. Bo jak inaczej nazwać ciągłe występowanie tych samych zachowań na każdej wycieczce grupowej w dowolnym zakątku globu? Zerknijcie proszę na moja krótką listę. Brzmi znajomo?

  1. Żartowniś
  Pan w okolicach pięćdziesiątki, często występujący z brzuszkiem wskazującym na głęboki sentyment do piwa. Jest święcie przekonany o komizmie sytuacyjnym generowanym przez swoją osobę. Często objawia się to podczas rozmów z przewodnikiem. Największą aktywność wykazuje, gdy tę rolę pełni młoda, ładna kobieta - wtedy usiłuje wywrzeć na niej wrażenie geniusza komedii, będąc dopingowanym przez śmiechy towarzyszących mu przynajmniej dwóch rówieśniczek. Unikać - typ emituje zabójczą dawkę żenady.

 2. Pakiet 1-3 dzieci w przedziale wiekowym Umiem Składać Zdania - Wczesna Podstawówka + Troskliwa Zmęczona Mama
 Lubię dzieci. Jednak każda moja znajomość z małym człowiekiem w końcu przeżywa bardzo niepewny okres kiedy nauczy się mówić. Wtedy wszystko w rękach rodziców - albo jasno przedstawiają maluchom czego nie wolno robić i to egzekwują, jednocześnie zarażając je swoją przyzwoitością (piękna sprawa) albo do życia rodzinnego wkrada się Zjawisko Bezstresowego Wychowania (gdzie mój karabin?).
 Jak pewnie się domyśliliście pakiet oferuje wyłącznie opcję drugą (zdecydowanie większa podaż). W trakcie wycieczki dzieci zachowują się jak na placu zabaw (w sumie ciężko je o to winić - w końcu to dzieciaki) przeszkadzając w odbiorze wystawy swoją gadaniną i krzykami. Rzecz jasna ich czcigodne rodzicielki nie robią nic, żeby zaprowadzić dyscyplinę w szeregach dzieciarni chociaż na tę jedną godzinę wycieczki. Co ciekawe, Pakiet występuje również w miejscach, w których za Chiny nie spodziewaliście się ujrzeć dzieci. Tak więc gdybyście się zdecydowali odwiedzić Muzeum Optyki Kwantowej nie zdziwcie się jak zobaczycie niesfornego smarkacza i jego bierną matkę z nadwagą. Ale to tylko potwierdza moją tezę.

 3. Pakiet 3- ∞ młodych samic Homo Sapiens (?) z silnym instynktem stadnym.
  Nie jestem do końca normalnym człowiekiem. Jednym z  moich odchyłów jest reagowanie z przesadną irytacją na niektóre dźwięki generowane przez istoty ludzkie. Jest ktoś chętny, żeby rzucić kamieniem? Tak coś myślałem.
  Wracając do tematu: drugie miejsce na liście irytujących odgłosów (zaraz po mlaskaniu) zajmują wszystkie rodzaje wkurzającego śmiechu. Z tego powodu ten Pakiet jest dla mnie szczególnie uciążliwy. Młode panienki zbijają się w kordon bezpieczeństwa jakby z obawy przed agresywnymi amatorami ich wdzięków (Co za naiwne istoty! W tym miejscu należy dodać, że mało który element Pakietu może uchodzić za atrakcyjny. Podobnie jak w poprzednim przypadku powodem jest poziom podaży ). Tak utworzona grupa w grupie krąży po terenie obiektu zostawiając za sobą chichoty, głupie komentarze oraz głośne piski i okrzyki niczym tankowiec z uszkodzonym kadłubem.
  Oczywiście, że wspólne zwiedzanie to ciekawe urozmaicenie życia towarzyskiego, które oprócz wspólnego spędzania czasu również pogłębia więzi koleżeńskie (i tak dalej, i tak dalej...) jednak fajnie by było gdyby niektórzy odróżniali muzea i podobne obiekty od kawiarni.

  4. Snobistyczny Fotograf
  Walnę fotę przewodnikowi i bardzo ładnej ladzie recepcji. Przewodnik pokazuje coś palcem -super poza! Walnę mu zdjęcie! Zajebiste schody! Koledzy mi nie uwierzą, że stałem na tych schodach! Przepraszam! Możesz mi tu zrobić zdjęcie!? Dzięki! Rany! Jakie fajne drzwi do kibla! Obowiązkowo fota! Ech,  jak to dobrze, że mamy epokę cyfrową i nie muszę martwić się kliszą... Hę, przewodnik otwiera drzwi? Posuń się człowieku! Muszę uwiecznić to, co one kryją!
  Tak, jak zapewne zauważyliście nie jestem pozytywnie nastawiony do chodzących hurtowni zdjęć. Sam bardzo nie lubię być fotografowany, więc wkurza mnie człowiek celujący we mnie obiektywem bo akurat stanąłem obok czegoś cholernie interesującego. Zastanawiam się, kto będzie chciał oglądać wpierdylion zdjęć z jednej wycieczki? Jeżeli macie w rodzinie Snobistycznego Fotografa to przyjmijcie najszczersze wyrazy współczucia.


 Wymienione typy osobowości (nie, zaraz, napiszę mądrzej - Archetypy Zachowań) mają dwie wspólne cechy.
  1 - istnieje 90% szans na to, że pojawią się na dowolnej wycieczce z przewodnikiem
  2 - są cholernie wkurzające i obrzydzają tę formę spędzania wolnego czasu.

  Macie jakieś swoje typy, które powinny powiększyć tę listę? Bardzo proszę dać mi znać w komentarzach. Trzymajcie się!
                                                                                                                              Szarozielony

poniedziałek, 17 września 2012

Nieczuły na cudzą niedolę

  Zdarzyło się to kilka miesięcy temu. Potem sytuacja się powtarzała. Prawdopodobnie ma regularnie miejsce aż do dzisiaj.
  Stałem w tramwaju cierpliwie czekając aż poprzebija się przez wszelkie przeszkody spowodowane nieustającymi robotami drogowymi w centrum miasta i zawiezie mnie pod budynek, w którym uczęszczałem na lektorat. Byłem w kiepskim nastroju - jestem wrażliwy na zmiany ciśnienia, toteż często dopadają mnie silne bóle głowy, przez które odechciewa się czasem żyć. Tego dnia sprawy w tej materii miały się wręcz dramatycznie.
  Po przejechaniu kilku przystanków tramwaj zatrzymał się po kolejną porcję pasażerów. Zerknąłem w stronę drzwi akurat, żeby spostrzec postać ładującą się do wagonu.
  Nie, tylko nie to.
  Przybyszem okazał się grubawy, na oko pięćdziesięcioletni Cygan. Z ogromnym akordeonem. Z uśmiechem szerokim jak jasna cholera począł napełniać tramwaj swoją muzyką. Kiedy ta doprowadzająca do granicy szaleństwa tortura się skończyła zorientowałem się, że grajek podstawia mi pod nos pusty pojemniczek najwyraźniej licząc na zapłatę za swój występ. Po nieudanym wyciągnięciu ode mnie kasy zaczął się przechadzać wzdłuż całego wagonu. Zerknąłem w jego stronę: Cyganowi udało się zebrać dwa złote z groszami.
  Odpaliłem kalkulator w swojej głowie. Jest rzadko używany i potrafi się zawiesić przy działaniach w zakresie większym niż dziesięć (finansista, tak, jasne...) ale do tych obliczeń się jeszcze nadawał.
  Dwa złote za pięć minut męczenia akordeonu. Nie, przyjmijmy wariant pesymistyczny - złotówka za pięć minut. To daje nam dwanaście złotych za godzinę (co najmniej, pamiętajcie - wariant pesymistyczny). Ja w mojej poprzedniej pracy zarabiałem jedenaście złotych z groszami za godzinę przeprowadzania ze staruszkami telefonicznych ankiet na tematy polityczne. Po odjęciu składek i podatku (coś nie sądzę, żeby ten Cygan je odprowadzał) zostawało mi jakieś osiem złotych na rękę. I szanowny pan grajek oczekiwał, że z tej kasy jeszcze mu coś odpalę za wmuszony mi koncert. Ma facet tupet.
  Tą samą linią porusza się również jego rodaczka. Owa Cyganka wraz dzieckiem (lub dwoma, jak koleżanka pożyczy) szwenda się po środkach komunikacji i zawodząc błaga o kasę. Za pierwszym razem pasażera może zdjąć litość i rzuci im jakieś drobne. Jednak kobieta pojawia się w tramwaju tej linii codziennie  odstawiając tę samą szopkę. Zerknąłem na jej dłonie: wypielęgnowane jak u księżniczki. Cholera, Cyganko - gdyby nie Twoje nastawienie do ogólnie pojętej pracy mogłabyś zostać uznaną aktorką.
   W grudniu jadąc na lektorat znowu ją spotkałem. Żebrała w towarzystwie dwójki dzieci. Miały na twarzach maski Świętego Mikołaja. Nie żartuję.
  Niektórzy nazwą mnie rasistą. Proszę bardzo, mnie to nie rusza. Nie daje Cyganom ani grosza. Nie dość, że "zarabiają" lepiej ode mnie to jeszcze mają czelność stosować na mnie szantaż emocjonalny wlokąc wszędzie swoje dzieciaki. Doradzam znajomym to samo - proceder będzie trwać dopóty, dopóki będzie udawało im się w ten sposób wyłudzać kasę. Nie wierzycie - zerknijcie na paznokcie pierwszej z brzegu cygańskiej żebraczki. Trzymajcie się!
                                                                                                        Szarozielony