piątek, 29 czerwca 2012

Słodkie nieróbstwo

  Witajcie!
  Jakiś czas temu napisałem ostatni egzamin w tej sesji i  wyszedłem z sali jako wolny człowiek. Rozpocząłem wakacje, co oznacza że będę miał mnóstwo wolnego czasu, którego część będę mógł poświęcić na pielęgnowanie mojego małego kawałka Internetu.
   A przynajmniej takie było założenie.
   Na chwilę obecną nie mam żadnego pomysłu na posta. Żadnych przemyśleń, ani urojeń. Wychodzę z założenia że nie powinienem zmuszać się do pisania, ale jestem coś winien tym kilku osobom które przeglądają mój blog.
  Dziękuję bardzo że mnie odwiedzacie. Zamieszczę Wam kilka śmiesznych obrazków z Sieci.
 
 

  Czym byłby Internet bez kotów?
 

 Dla tych, którzy którzy nie rozumieją: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kot_Schr%C3%B6dingera


I na koniec zdjęcie nie tyle śmieszne co ironiczne. Skłania do refleksji

 Dzisiejsza notka była znacznie mniej poważna niż pozostałe, ale żywię nadzieję że przypadła Wam do gustu. Życzę Wam miłego dnia!
                                                                                                                                  Szarozielony

piątek, 22 czerwca 2012

"Ze mną się nie napijesz...?!"

  Witajcie, długo nie aktualizowałem swojego bloga. Ma to bezpośredni związek z  tematem poprzedniego posta. Sesja jest okresem w którym leniwy student taki jak ja musi zapłacić za dni słodkiego nieróbstwa każdą wolną chwilą.
  Ale do rzeczy. Chciałem dzisiaj napisać o mojej przypadłości, która wprawia ludzi z mojego otoczenia w osłupienie. Kalectwo powodujące że moi bliscy popadli w czarną rozpacz. Zboczeniu, na widok którego "tolerancyjni" hipokryci którzy nawet nie mrugną okiem na widok mężczyzny ubranego wyłącznie w pół metra łańcucha wpadają w szał i pragną umieszczać mnie w miejscach odosobnienia. Odchyle będącym powodem mojego ostracyzmu społecznego w niektórych kręgach.
  Jestem abstynentem. Nie piję alkoholu.
  Tak, możecie wysyłać sms-y o treści "Pomagam".
  Wiele osób pytało mnie dlaczego zdecydowałem się wieść życie wybryku natury jakim jest niepijący student. Powodów jest sporo. Teraz, w chwili przerwy między siedzeniem nad kolejnymi materiałami wymaganymi na egzamin wymienię te najważniejsze. Pobawię się w pseudo-nowoczesno-tolerancyjnego działacza i spróbuję oświecić "Ciemnogród" (uwielbiam jak używają tego słowa!) i przybliżyć Wam sposób myślenia mniejszości. Nie bójcie się, nie będę się obnażał- tak "nowoczesny" nie będę.
  1) Pogarda dla kultu używek. Jesteś na weselu- masz pić! Idziesz na imprezę do czyjegoś domu- masz pić! Masz okazję i akurat nie robisz niczego ważnego- masz pić! Stłukła się butelka piwa- masz płakać! Tego typu podejście wynika bezpośrednio z obserwacji ludzi, opowiadanych kawałów czy wypowiedzi pseudo-elity. Wynika z tego fakt, że alkohol wraz z resztą używek stoi i powinien stać wysoko w ludzkiej hierarchii wartości. Że weekend bez C2H5OH można śmiało spisać na straty. Tego typu podejście uważam za żałosne. Ten typ rozumowania powinien być tępiony wśród młodzieży gdyż powodował, powoduje i będzie powodował tragedie jeżeli się utrzyma. Dzieciaki wyrastają w poczuciu że wchłanianie etanolu jak gąbka to ich psi obowiązek wobec towarzystwa. I jak ten kraj ma wyjść ze swojej obecnej sytuacji z takim społeczeństwem?
  2) Względy ekonomiczne. Jako że również nie palę papierosów mój mały prywatny rachunek kosztów prezentuje się o wiele lepiej  niż w przypadku moich drogich rówieśników, którzy z różnych powodów zostawiają pieniądze w sklepach monopolowych w zamian za "wyposażenie". Niezmarnowane w ten sposób środki mogę wykorzystać w innym celu (na przykład na wypadek kiedy przebieg sesji nie przebiegnie po mojej myśli). Nie wydawanie pieniędzy na pierdoły to świetny sposób na utrzymanie dobrej sytuacji finansowej. Kurde, szkoda że nikt z rządzących nie czyta tego blogu, może wysunęliby jakieś wnioski...
  3) Są stany, w które wolę nie wstępować. Kiedyś stwierdziłem że bycie jedynym niepijącym na imprezie domowej przypomina wycieczkę do zoo. Mogę usiąść, popatrzeć na ich nieporadne ruchy, posłuchać co plotą (mam chore poczucie humoru, więc czasem mnie to bawi). W liceum widziałem mnóstwo osób, które zasugerowane punktem pierwszym przekraczały granice. Nigdy nie zniżę się do tego poziomu. Nigdy. Trzeba mieć do siebie trochę szacunku. Jestem osobą niemającą umiaru w jedzeniu i piciu, więc w moim przypadku zagrożenie było realne.
  4) Smak. Nie spotkałem wyrobu alkoholowego, który by mi smakował. Wobec tego nie zamierzam ich pić. Czysta logika. Osoba pijąca wódkę spytana dlaczego to robi mimo podłego smaku odpowiedziała bez ogródek że chce się upić. Co sądzę o  takim podejściu? Patrz punkt 3 i 5.
  5) Nie muszę! Zapytałem kiedyś grupę dziewczyn czemu piją. Odparły nie od razu (były wyraźnie zmieszane) że "robią to po to, żeby się dobrze bawić". Identyczne odpowiedzi uzyskałem od wielu innych osób. Śmierdzi mi to tandetną wymówką. Będąc osobą empatyczną do dobrej zabawy potrzeba mi jednego i tylko jednego czynnika.
  Dobrego towarzystwa.
  Zatem z mojego punktu widzenia osoby pijące alkohol "żeby się dobrze bawić" są cholernie nieszczęśliwe. Po głębszym zastanowieniu sentencja staje się wręcz obraźliwa, gdyż może oznaczać "piję, bo w tym towarzystwie (czyli twoim też) nie mogę się bawić na trzeźwo". Smutne, ogromnie smutne.
  Wymieniłem chyba najważniejsze czynniki, które skłoniły mnie do abstynencji. Mam nadzieję że spojrzenie na temat z innego punktu widzenia Wam się spodobało. Pamiętajcie, nie chcecie pić- nie pijcie! Tak samo jak z poprawnością polityczną nie możemy dawać się zniewolić powszechnemu idiotycznemu sposobowi myślenia. Osoba, która nie akceptuje Waszego indywidualizmu nie zasługuje na miano waszego znajomego, a co dopiero przyjaciela. Życzę Wam miłego wieczoru.
                                                                                                                         Szarozielony

poniedziałek, 11 czerwca 2012

"Czas, w którym żywi zazdroszczą umarłym"?

  Minęło trochę czasu odkąd po raz ostatni zaktualizowałem mojego bloga. Na swoje usprawiedliwienie mam jedynie moją obecną sytuację- znalazłem się w specyficznym okresie czasu, gdzie dokonuje się chłodnej kalkulacji i bardzo starannego planowania każdego dnia pomiędzy zaznaczonymi na wściekły kolor punktami w kalendarzu. Konsekwencje tych wyborów wpłyną na najbliższe miesiące mojego żywota.
  Tak, moi drodzy- zaczęła się sesja.
  Czas, w którym studenci zawieszają swoje normalne funkcjonowanie. Czas, w którym trzeba uzupełnić braki w pomocach naukowych- znaleźć jakąś pilną osobę z ładnym pismem i odświeżyć kontakty w najbliższym punkcie ksero. Niektórzy wręcz zaczynają werbować sylabusy w celu zdobycia informacji jakie w ogóle wykłady serwowano na wydziale w czasie semestru. Żeby było śmiesznie bardzo często otrzymują najlepsze wyniki w porównaniu do ilości czasu poświęconego na naukę.
  Młodzież, która do podjęcia decyzji o swoim policealnym losie ma jeszcze sporo czasu została nauczona jednej, podstawowej uniwersalnej i potwierdzanej przez wszystkich prawdy. "Sesja= Piekło".
  To nieprawda.
  Owszem, jest  sporo do zrobienia. Owszem, jak zawalimy egzaminy to będziemy mieli problem. Owszem, nie będziemy mieli czasu ani sumienia na zabawę. Jednak w mojej opinii o wiele łatwiej znieść sesję egzaminacyjną ma studiach, niż rozmaite "gorące okresy" w szkole. Tak, moi drodzy Czytelnicy- dzisiaj obalimy mit sesji, "czasie, w którym żywi zazdroszczą umarłym".
  1) Czas
  Zazwyczaj całe zamieszanie zamyka się w okresie miesiąca. W tym czasie zakończone zostały wszystkie zajęcia, więc nawet jeżeli studiując jednocześnie pracujemy dostajemy nie najgorszą ilość czasu do rozdysponowania. Dzień, w którym musieliśmy od rana do wieczora przesiadywać na wykładach nagle staje się dniem wolnym. Z moich skromnych doświadczeń wynika, że z każdą godziną spędzoną na nauce nasza sytuacja się poprawia. Jak zwykle najtrudniej jest się zmusić do porzucenia przyjemności i zapuszczenia korzeni przy biurku. Cóż, bez silnej woli nie wygramy.
  2) Ilość wyzwań
   Przy założeniu że wykład z jednego przedmiotu trwa około półtorej godziny tygodniowo, w semestrze daje nam to mniej więcej piętnaście pełnych godzin z których wykładowca będzie nas rozliczał. Dla porównania, droga młodzieży: załóżmy, że macie w planie trzy 45-cio minutowe lekcje matematyki. Daje nam to 2,25 godziny zegarowej w tygodniu i 18 w ciągu dwóch miesięcy. Tak, macie rację- nie mogę porównywać matematyki w liceum do wykładów z Bankowości, chciałem tylko zwrócić uwagę na czas poświęcony na zajęcia z których materiał nas obowiązuje.
  3) Liczba egzaminów
  Tutaj leży największa trudność, z jaką przyjdzie nam się zmierzyć podczas sesji- proporcja wolnego czasu do liczby egzaminów. A ta potrafi być wręcz absurdalna.
   W tym semestrze poszczęściło mi się: pierwszy (najcięższy)  będę zaliczał pojutrze. Po dwóch tygodniach, w trakcie których podejdę tylko do trzech będę wolny. Jak na razie moją osobistą rekordzistką jest koleżanka z lektoratu studiująca sinologię. Biedactwo będzie musiało podczas swojej drugiej w życiu sesji zmagać się z dziesięcioma egzaminami. Aniu, trzymam za Ciebie kciuki!
  4) Motywacja
   Zaliczając multum próbnych i oficjalnych egzaminów wiedzieliśmy tylko tyle że pokonujemy kolejne etapy edukacji. U mało kogo było widać wielkie zaangażowanie emocjonalne. Na studiach nie dość że sami wybraliśmy gałąź wiedzy, którą będziemy męczyć (choć i tutaj pojawiają się przedmioty, o których myślimy "Po co mi to cholerstwo? Przecież do niczego w życiu nie będzie mi to potrzebne!". Cóż, niektóre rzeczy się nie zmieniają :) to jeszcze uczymy się z nieustającą świadomością że ma to wpływ na naszą sytuację życiową. Dobre oceny na pewno nie zawadzą podczas ubiegania się o pracę, a i stypendium też fajnie by było dostać, nie?
  Reasumując: sesja nie jest taka demoniczna jak już zaliczy się kilka starć. Fakt, trzeba odstawić rozrywki i wziąć się ostrzej do roboty, ale mam świadomość że z wiekiem takich momentów będzie co raz więcej. Ci, którzy martwią się że nie dadzą rady na studiach: nie bójcie się. Głupi nie jesteście, pracować też umiecie- będzie dobrze! Poza tym studia to okres wielu cennych doświadczeń. Najgorzej mają ci, którzy konsekwentnie olewają studia przez cały semestr. Cóż mogę rzec? Dobór naturalny!
  Mam nadzieję że tekst czytają również koleżanki i koledzy studenci. Było by miło gdybyście podzielili się swoim punktem widzenia w komentarzach- wszak na każdym wydziale sytuacja wygląda inaczej. Życzę wam powodzenia w zaliczeniach.
                                                                                                                         Szarozielony
  
 

czwartek, 7 czerwca 2012

"Ratunku! Antysemici mnie dręczą!"







  Podczas przeglądania Demotywatorów natrafiłem na jeden, który przykuł moją uwagę. Autorem jest użytkownik reaomia. Oto on:

Jeżeli sami nie zadbamy o dobre imię naszego kraju – to nie zadba nikt


   Był to pierwszy mój kontakt z tą sprawą. Nie byłem specjalnie oburzony albowiem byłem święcie przekonany, że to jakaś pomyłka. Żaden szanujący się publicysta nie rzucałby oszczerstwami na wielomilionowy naród. Niestety, pomyliłem się. Mój mały, wewnętrzny szyderca starał się zwrócić moją uwagę na pochodzenie tej pani. Początkowo udawało mi się go ignorować. Niestety, ten mały sukinsyn miał rację. Znowu.
  Rozjuszeni Polacy rzucili się wymierzać sprawiedliwość przy pomocy Sieci. Efekty zmasowanego ataku nastąpiły bardzo szybko. Demotywator użytkownika Thalas.


  Widziałem profil pani Schlussel. Wiele polskich komentarzy było poniżej wszelkiego dopuszczalnego poziomu. Jednak jesteśmy tutaj poszkodowani jako ofiary oszczerstwa. Co odpowiedziała im reporterka? Zarówno tym kulturalnym i chamskim? Tak, zgadliście! Nazwała ich antysemitami. Mało tego, publicystka zdaje się święcie wierzyć w to, co wygaduje.
  Holokaust był tragedią, wiele rodzin zostało przezeń naznaczonych. Ale jak można używać krzywd swojego narodu jako swojego rodzaju tarczy, immunitetu? I co gorsza jak można takie zachowanie uznawać?
-"Pani zachowanie jest karygodne, a wypowiedzi krzywdzące dla wielu ludzi!"
-"Jestem Żydówką, moich krewnych zamordowali naziści!"
-"A, to przepraszam!"
  Jeżeli ktoś znajduje w tym sens to proszę o kontakt.
  Ktoś wykorzystuje swoją przynależność do określonej grupy społecznej aby bezkarnie lżyć ludzi prezentujących inne wartości. A oni nie mogą nic zrobić, bo zostaną okrzyknięci antysemitami, rasistami lub homofobami.
   Niech sobie mnie nazywają jak chcą. Gardzę zjawiskiem poprawności politycznej i nie zamierzam się dać w ten sposób sterroryzować. Drodzy, czytelnicy, nie bójcie się. Zarzuty o dyskryminację to nadużywana broń mniejszości. Jak przestanie ona działać skończy się bezkarna działalność wielu z nich.

 Miłego wieczoru.
                                                                                                                                  Szarozielony






poniedziałek, 4 czerwca 2012

De gustibus non est disputandum?

  Witajcie. Dzisiaj chciałbym zmieszać z błotem pewną sentencję, która tak często jest rzucana pojednawczo pod koniec rozmowy osób prezentujących różne poglądy.  Mowa mianowicie o starym, poczciwym "O gustach się nie dyskutuje."
  Strasznie mnie irytuje poprzez swój brak sensu.
  Czym jest dyskusja? Cytat z Wikipedii:

"Dyskusja (łac. discussio – roztrząsanie) – jeden ze sposobów wymiany poglądów (poparty argumentami) praktykowany przez dwoje lub więcej osób zainteresowanych danym tematem lub zjawiskiem. Przeprowadzana zwykle w formie ustnej, ale nie tylko (np. dyskusje w formie pisemnej prowadzone są na internetowych forach dyskusyjnych). W wyniku dyskusji dochodzi zwykle do ścierania się różnych poglądów, czasami wypracowywania kompromisów i określania wspólnych stanowisk."

Myślę, że wszyscy się zgodzą- dyskusja to przedstawianie swojego stanowiska w jakiejś sprawie poparte pewnym uzasadnieniem. Krótko mówiąc: mówimy o tym, co nam się podoba lub nie i dlaczego tak jest.
  Hmmm.... Czyżbyśmy w ten sposób przedstawiali swój gust?
  Mam nadzieję, że rozumiecie o co mi chodzi. Omawiane zdanie znaczy mniej więcej: "Nasze gusty nie powinny być przedmiotem rozmowy, w której prezentowane są nasze gusty."
  Dlatego proszę, apeluję, błagam- jeżeli nie możecie kogoś przekonać do swojej racji nie kończcie rozmowy mówiąc z dumnie zadartym nosem: "Szanuję Twoje zdanie, ale o gustach się nie dyskutuję." Powiedzcie po prostu: "Ja Ciebie nie przekonam, Ty mnie tym bardziej nie. Zakończmy temat".
  Każdy ma swoje dziwactwa- jednym z licznych moich jest to, że niektóre słowa i zwroty w tekście rażą mnie po oczach. Proszę, pomyślcie czasem o mnie zastanawiając się jak skończyć dyskusję.
  Miłego dnia!
                                                                                                                      Szarozielony

piątek, 1 czerwca 2012

"-Jestem już dorosły""-A co to znaczy?""-Eeee..."

  Witajcie! Piszę do was w dniu, w którym każdy może dziś otrzymać życzenia lub wręcz niewielki upominek wyłączcie z racji tego że jest się czyimś potomkiem. 1 czerwca to przesympatyczny dzień, którzy nasi czcigodni rodzice zawsze starali się nam umilić. Odnoszę wrażenie że lubią ten dzień przynajmniej tak samo jak my, albowiem nie rezygnują z niego nawet jak ich przerośniemy, wyprowadzimy się  i zaczniemy łysieć. Znam jednak pewną osobę, która reaguje na życzenia od rodziców z pewną irytacją i powołując się na ukończone dekady życia stara się dowieść że dzieckiem już nie jest. Co roku jego argumenty wpadają w próżnię, albowiem przeurocza starsza pani traktuje to jak dziecięce dąsy. Uroczy paradoks, prawda?
  Po wysłuchaniu relacji z tych zmagań zawsze nachodziło mnie pewne pytanie: gdzie leży granica między okresem dziecięcym a dorosłością? Przepisowe 18 lat w mojej opinii nie nadaje się na wyznacznik ze względu na niepokojące zjawisko, które objawia się tym, że w wielu przypadkach pierwszą rzeczą po odebraniu przez młodego człowieka dowodu osobistego jest biegnięcie z wywalonym językiem na pierwsze legalne piwo. Wiek inicjacji seksualnej? Tabuny brzuchatych gimnazjalistek niszczą tę teorię już na starcie. Wyprowadzka? Tu chyba jest bliżej, jako że taka osoba zaczyna sama odpowiadać nie tylko za siebie, ale i ze swoim lokum, gdzie - jak Wam z pewnością wiadomo- zawsze jest wpierdylion ważnych rzeczy do zrobienia.
  Dorastanie to jednak bardzo skomplikowany i różny w wielu wypadkach okres. W trakcie niego przechodzimy multum zmian w naszej osobowości i sposobie postępowania. Wydaję mi się że pierwszy sygnał następuje w momencie, w którym dociera do nas że musimy odepchnąć na bok rozrywki i wziąć się za siebie, albowiem tylko nasze decyzje i sposób realizacji się liczą. Od tego zaczyna w nas kiełkować dziwna roślina zwana Odpowiedzialnością. Trzeba ją podlewać Pracą i nawozić Siłą Woli. Kiedy przyjdzie czas roślina zakwitnie- nadejdzie dorosłość.
  Moja roślinka dopiero wypuściła dopiero pierwszy listek, a Wasze?
  Odnoszę wrażenie że kwiatki pojawią się na długo po tym jak osiągnę bardzo ważny pakiet "Własne Domowe Zacisze + Stała Praca". Na razie to tylko przypuszczenia. Za parę lat będę wiedział. Być może wtedy będę mógł powiedzieć to, co teraz nie przechodzi mi przez gardło: "Tak, jestem w 100% dorosły!".
  Ale Mamusi nie wytłumaczysz.
  Trzymajcie się, obyście spędzili ten dzień przynajmniej równie miło jak ja!
                                                                                                                                 Szarozielony.