piątek, 31 sierpnia 2012

Praktyka - część 3: Formalności

  Nie przepadam za załatwianiem spraw w biurach i urzędach. Noszenie papierów z pomieszczenia do pomieszczenia (plus wystanie w kolejkach do nich) potrafi bardzo skutecznie zniszczyć mój dobry nastrój. Nie dziwota, że staram się ograniczać tego typu sprawy do absolutnego minimum. Niestety, im jestem starszy, tym trudniejsze to się staje.
  Ponieważ moja praktyka zmierza ku nieuchronnemu końcowi, postanowiłem przydybać Dyrektora i nakłonić go do zainteresowania się moimi papierami. Nie było to łatwe, gdyż mówimy o świeżo upieczonym ojcu, do którego obowiązków służbowych należy zarabianie milionów dla swojego banku. Krótko mówiąc, jest to człowiek, którego aż żal zaczepiać celem usatysfakcjonowania jakiegoś uczelnianego biurokraty. Ale jak mus, to mus.
  Dwa najważniejsze papiery muszą zostać wypełnione przez pracodawcę, podpisane w odpowiednich sekretariatach (w dwóch osobnych i otwartych o różnych porach, rzecz jasna) oraz złożone w odpowiednim  dziekanacie wraz z trzema innymi dokumentami. Cóż może pójść źle? Wszystko. A to poskarżą się że pieczątka krzywo podbita; że jak śmiem w ogóle przychodzić w sprawie praktyk kiedy oni na tym dyżurze tylko i wyłącznie jako wykładowcy (kij z tym, że odstałem swoje w kolejce a złożenie podpisu trwa dwie sekundy); że Prodziekan Od Spraw Wysokich, Jasnowłosych Studentów O Szarozielonych Oczach Na Praktykach przebywa obecnie na urlopie na drugim końcu świata więc mam kłopot i tak dalej i tak dalej...
  W końcu Dyrektor dla świętego spokoju wypełnił moje papiery. Świetnie, mogłem dać do podpisu mój plan praktyk. Zajrzałem na stronę swojego kierunku: kierownik studiów, którego podpis jest mi potrzebny urzęduje w piątek, w godzinach  16:00- 18:00. Idealnie. Ruszyłem zatem w kierunku wydziału. Dawno mnie tu nie było. Było bardzo cicho, widać że trwał jakiś remont. Skierowałem swoje kroki w stronę sekretariatów. Stanąłem przed drzwiami biura kierownika studiów. Niespodzianka - zamknięte.
  Zerknąłem z niedowierzaniem na plakietkę z godzinami dyżuru. "Piątek: 16:00-18:00". Poniżej dopisek: "czynne wyłącznie w terminach zjazdów studentów zaocznych."
  Kocham mój wydział za te maksymalnie uproszczone procedury i niesamowitą wręcz przejrzystość informacji.
  Spróbuję dorwać kierownika studiów i prodziekana w poniedziałek, z nadzieją, że do niczego się nie przyczepią. Jak się wszystko pochrzani (całkiem możliwe) to mogę być zmuszony odbyć praktykę jeszcze raz. Co z tego że przez miesiąc za darmo pomagałem w centrali bankowej.
  Ale tym się będę martwił po weekendzie. Dzięki, że czytacie moje marudzenia. Życzę miłego piątkowego wieczoru i jak najrzadszych kontaktów z biurokracją. Trzymajcie się!
                                                                                                        Szarozielony

niedziela, 26 sierpnia 2012

Zaryzykowałem - przepis z Sieci

  Chciałbym, żeby moje życie składało się wyłącznie z takich dylematów. I Wam również tego życzę.

  Pod koniec wizyty u Dziadków otrzymałem od nich siatę wypełnioną papierówkami z działki. Na nic kulturalna odmowa, na nic argumentowanie że jestem sam na gospodarstwie i nie mam kiedy ich zjeść bo jabłuszka mimo że smaczne bardzo szybko tracą na wartości. Żadna siła nie jest w stanie odwieść Dziadków od obdarowania nas żywnością. Kij z tym, że przepełnienie spożywcze zaczęło wpływać negatywnie na zdolność do przemieszczania się.
  Siedziałem z założonymi rękami medytując nad problemem. Papierówki zmieniały swoją postać praktycznie z godziny na godzinę, więc trzeba było działać szybko. W końcu w moim umyśle zapaliła się lampka:

  "A może da radę upiec z tego jakieś ciasto?"

   Jestem geniuszem.

   Jedyny problem stanowiły moje umiejętności cukiernicze, ale to nie było ważne! Jedną z najważniejszych rzeczy w życiu jest świadomość celu. Potem idzie już z górki. Podszedłem do komputera z zamiarem wykorzystania potęgi Internetu do wyszukania przepisu na miarę moich możliwości. W mojej wyobraźni już widziałem gorącą, przyrumienioną słodka szarlotkę z cynamonem, idealną do herbaty.
  Przełykając ślinę wstukałem w wyszukiwarkę "szarlotka z papierówek".
  Kurde, to nie może być aż tak proste.
  Nie zwlekając (papierówki z każdą chwilą robiły się co raz mniej atrakcyjne) skoczyłem do sklepu po brakujące składniki. Najwięcej czasu spędziłem na obieraniu i krojeniu jabłek. Po odcięciu nieatrakcyjnych fragmentów wyszło mi tego 800 gramów. Idealnie,
  Po ugnieceniu ciasta i przygotowaniu nadzienia wstawiłem swoje małe dzieło sztuki do piekarnika. Miałem godzinę. W sam raz na posprzątanie kuchni. Rozejrzałem się ze zgrozą po pomieszczeniu. Jak jeden człowiek mógł narobić takiego syfu? Czy inni nie przygotowują ciast, ja wiem, bardziej finezyjnie? Wziąłem się do roboty pocieszając się, że moja zdolność do szerzenia chaosu w miejscu pracy na pewno jest zrównoważona przez jakąś wspaniałą zaletę. Mam nadzieję że niebawem się ujawni.
  Po wystudzeniu szarlotki ukroiłem sobie kawałek. Pamiętając o moim poprzednich wyczynach kulinarnych byłem nastawiony raczej sceptycznie.
  Szarlotka była przepyszna
  Zszokowany ukroiłem sobie drugi kawałek. Potem trzeci, tak dla pewności. Nie było żadnych wątpliwości - wyszła mi smaczna szarlotka. Musiałem usiąść ze zdziwienia. Moi krewni po zjawieniu się w domu również byli w ciężkim szoku.

  W tym miejscu należałoby rozreklamować trochę stronę osoby, której zawdzięczam przepis. Oto link.

  Polecam. Mnie udało się zrobić zjadliwe ciasto, a na pewno czyta ten tekst osoba bardziej wprawna ode mnie. Mam nadzieję, że ów link w przyszłości sprawi komuś odrobinę radości.
 Trzymajcie się!
                                                                                                          Szarozielony

piątek, 24 sierpnia 2012

Wujek Szarozielony Maturzystom

  Sporo czasu minęło od aktualizacji bloga. Spowodowane jest to rutyną, jaka mnie dopadła. Siedzę na tych praktykach, kseruję, biegam z pocztą i układam w segregatorach. Jest okres czasu, gdzie w mojej mózgownicy nic szczególnego się nie dzieje.
  Ostatnio jednak coś zaiskrzyło. Stało się to kiedy zerknąłem na kalendarz w biurze. Niedługo zerwiemy karteczkę ze słowem "sierpień" odsłaniając wyraz "wrzesień". Wrzesień, wrzesień... coś mi to mówi.... To było tak dawno temu! Coś bolesnego....
  Dopadło mnie olśnienie. Szkoła! Niektóre młode osobniki wciąż uczęszczają do tych placówek. Wstają codziennie na ósmą i muszę się przygotowywać do zajęć praktycznie z dnia na dzień. Jako leniwy student nie jestem w stanie pojąć jak to znosiłem. Kiedyś to dopiero musiałem być twardy. Idąc tropem kalendarzowych rozważań wróciłem myślami do grupy, do której żywię szczególny rodzaj współczucia: chodzi tu o maturzystów.
  "Jakie fakultety?"; "Co zdawać na maturze?"; "Na jaki kierunek iść?"; "Czy w ogóle warto iść na studia?"; "Co mi zrobią rodzice jak się nie dostanę"; "Dlaczego mam tak cholernie mało czasu?"; "Kto, do cholery, zdaje na maturze Wiedzę o Tańcu?" i tak dalej, i tak dalej....
  Znam to dobrze. Zamiast stresować się samymi egzaminami denerwowałem się faktem, że ja właściwie nie wiem, co robić po liceum. To było najgorsze, jako że do momentu zadeklarowania jakie chciałem pisać arkusze miałem co raz mniej czasu. Pełna panika.
  Oczywiście, miałem do wyboru dziesiątki kierunków na wielu uczelniach. Dzięki materiałom oferowanym przez te placówki wiedziałem o nich wszystko i zarazem nic. Nie od dziś wiadomo, że nie można podejmować decyzji wyłącznie na podstawie materiałów reklamowo-propagandowych. Miałem problem.
  Na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Wylądowałem na kierunku, na którym jako tako sobie radzę. Zamierzam wyświadczyć części rozdartych wewnętrznie maturzystów przysługę i scharakteryzować krótko swój kierunek. Mam nadzieję, że po lekturze tego posta w niewielkim stopniu wyklaruje się Wam sytuacja. Może niektórym z Was spodoba się kierunek o wdzięcznej nazwie Finanse i Rachunkowość?

1) Jest tu trochę liczenia. Na ćwiczeniach z matematyki przybliżono mi koncepcję różniczek i całek (nie takie ciężkie jak się powszechnie uważa). Zakończyliśmy to na temacie warstwic. Za cholerę nie powiem Wam co to jest, ale mnie z nazwy kojarzy się z jakimś schorzeniem dermatologicznym.

2) Trochę ekonomii. W ramach podstawy programowej mamy przybliżone mechanizmy rządzące niektórymi rynkami. Gratka dla amatorów kreślenia wykresów.

3) Zagłębiamy się w świat przedsiębiorstw. Jeżeli interesuje Was funkcjonowanie firm oraz ich aspekt prawny (zakładanie, rejestracja i tak dalej) oraz chcecie nauczyć się określać ich sytuacje finansowo- prawną to ten kierunek jest dla Was.

4) Chcecie wiedzieć, jak pieniądze krążą po kraju? Interesuje Was, jak wyglądają finanse państwa? Jak funkcjonują banki i jak nie dać im się oszukać? Rozważcie pójście na FiR.

5) Elastyczność. Finanse i Rachunkowość dają absolwentowi całkiem sporą wszechstronność. Mogą działać w bankowości, ubezpieczeniach, księgowości, organach nadzoru, związać swoją przyszłość z giełdą, pracować w doradztwie finansowym lub po prostu użyć zdobytej wiedzy by rozkręcić swój biznes.

 Tak pokrótce można opisać mój kierunek pod kątem atrakcyjności dla maturzysty. Mam nadzieję, że któremuś z czytelników to pomoże.

  Pytanie do studentów i studentek: jak Wy byście określili swoje kierunki, aby pomóc młodym podjąć decyzję?
                                                                                                                    Szarozielony.

wtorek, 14 sierpnia 2012

Praktyka: Cicha woda


  Najogólniej rzecz biorąc praca moich kolegów z biura polega na komunikowaniu się z klientami będącymi firmami i zaspokajaniem ich wszelkich potrzeb. Jako że podmioty mają różne potrzeby i są reprezentowane przez ludzi charakteryzujących się różnym stopniem bystrości, zróżnicowanych zadań i emocji nie brakuje. W zasadzie obsługa ich sprowadza się do pośrednictwa, jako że po otrzymaniu zlecenia pracownicy zazwyczaj kontaktują się z kolegami z różnych działów, po czym po załatwieniu przez nie sprawy dają znać klientowi. W kontaktach międzydepartamentowych dominuje jednostka organizacyjna, którą określę jako Linia.
  Jak powszechnie wiadomo z największych błahostek powstają największe problemy. Bardzo duża ilość konfliktów wybucha nie tylko  między bankiem a firmą, ale również na przykład między Wąsikiem a opieszałym kolegą z Linii, który nie okazuje ani profesjonalizmu, ani szacunku. Przynajmniej według Wąsika.
  Tak też było dzisiaj, jednakże w awanturę włączyła się reszta kolegów. Kiedy emocje opadły, wszyscy powrócili do swoich biurek. Zapadła grobowa cisza. Uznałem to za dobry moment żeby dowiedzieć się więcej o sprawie tytułem zdobywania doświadczenia.


Szarozielony podniósł wzrok znad składanego właśnie łabędzia-origami i rozejrzał się po pomieszczeniu. Wszyscy siedzieli przy swoich stanowiskach i posępnie wpatrywali się w monitory. Odłożył figurkę i przeciągnął się. Jako że nie przywykł do żargonu i nie posiadł zbyt dużej wiedzy o procedurach bankowych, nie wiedział, co było powodem draki. Trzeba było spytać jednego z kolegów. Szarozielony nie cierpiał ludzi natrętnych i sam bardzo starał się za takiego nie uchodzić. Jednak był zbyt znudzony, by czuć podobne opory.
 Nachylił się do siedzącego naprzeciwko Milczka:
-Milczek, masz chwilę?- zagaił.
-Mhm- odpowiedział młody bankowiec.
-Powiedz mi proszę, o co tu przed chwilą poszło? Znowu coś z Linią?
  Milczek westchnął i wyprostował się w biurowym fotelu. Oczy miał przymknięte. Tego dnia ciśnienie dawało się we znaki.
- Generalnie chodzi o to, że naszym kolegom z Linii sprawa wymagająca góra trzyminutowej uwagi zajmuje jakieś pół dnia albo i więcej. Jest to tym bardziej niewygodne, im bardziej sprawa jest złożona i im mniej klient ma czasu.
-Rozumiem- skinął głową Szarozielony - A może by pofatygować się do nich osobiście, zamiast obierać drogę mailową bądź telefoniczną? Raz, ciężej ignorować człowieka, który zjawił się pogadać osobiście, dwa- jak będziemy ich bardziej naciskać to się pospieszą dla własnego spokoju.
- Nie da rady - mruknął Milczek - siedzą w innym budynku w centrum miasta.
- Dlaczego? - zdziwił się praktykant
Milczek otworzył szerzej oczy. Malujący się w nich wyraz sprawiłby, że Hannibalowi Lecterowi zimny dreszcz przeszedł by po plecach. Szarozielony przełknął ślinę.
 - Bo inaczej dostali by wpie*dol - warknął Milczek



   Tak, wiem. Puenta opowieści nie jest jakoś strasznie wyszukana jak to często bywa z historiami wziętymi z życia. Czegoś mnie jednak nauczyła: jeżeli kolega z pracy prosi o pomoc - nie ociągaj się. Kto wie, ilu wśród nich jest Milczków?

                                                                                                                             Szarozielony

niedziela, 12 sierpnia 2012

Praktyka - część 2: Aklimatyzacja


 Niczym Gollum z "Władcy Pierścieni" przyciskam do piersi swój skarb. Kolejny dowód na potęgę, jaką reprezentują w firmach sekretarki. Po wykonaniu kilku telefonów i załatwieniu kilku tajemniczych formalności zostałem odesłany do sztucznie uśmiechniętej pani z działu kadr. Tam odebrałem swoją własną kartę dostępu. Mogę wychodzić do toalety kiedy tylko chcę. Mogę wejść do budynku i ominąć bramki bez uciekania się do akrobatyki. Mogę korzystać z maszynerii z funkcją kopiowania, faksowania i nie wiem co jeszcze. W samą porę, jako że bez tego nie mógł bym wykonywać połowy powierzanych mi misji. Te są zlecane przez koleżanki i kolegów z mojego biura. Jako że współpracownicy są niezwykle istotnym elementem pracy nie mógłbym nie umieścić w tej krótkiej relacji ich krótkiej charakterystyki, prawda?
  Oto cztery osoby, z którymi dzielę pokój. Fachowcy, których rozmowy biznesowe przyszło mi podsłuchiwać tytułem poszerzania wiedzy branżowej:

1) Wąsik - najstarsza z osób, z którymi przyszło mi dzielić pomieszczenie. Posiada gęsty zarost na górnej wardze i wybuchowy temperament. Zdenerwowany potrafi rzucać kurtyzanami na lewo i prawo przez kilka kwadransów. Zasada się sprawdza również w innych okolicznościach - po odkryciu rozwiązania znacznie ułatwiającego mu pracę cieszy się jak dziecko. Jest to człowiek bardzo emocjonalny, ale nie utrudnia to kontaktu z nim.  Cieszy się sympatią koleżanek i kolegów, między innymi dlatego, że jego gwałtowne wyrażanie emocji i opinii jest jednym z głównych źródeł  rozrywki w pracy.

2)  Pani Kula - sympatyczna osoba (przezwisko nie wynika  z mojej złośliwości tylko wyłącznie z moich skojarzeń, jako że posiada problem z nogą i na dłuższe dystanse porusza się o kuli) pomogła mi odpowiadając na pytania dotyczące strony formalnej mojej obecności w pracy. Spędza również sporo czasu na luźnych rozmowach i dyskusjach z Wąsikiem, co urozmaica atmosferę. Jedyną dostrzeżoną przeze mnie wadą jest wybitnie wkurzający śmiech.

3)  Krępy - młody, góra 10 lat ode mnie starszy pracownik. Ze wszystkich obecnych z nim spędziłem najwięcej czasu na rozmowach dotyczący spraw zawodowych i planowania mojej ewentualnej bankowej kariery. Cierpliwy, odpowiada nawet na głupie pytania i jeszcze dorzuca rady od siebie. Jest człowiekiem wesołym, bardzo często rzuca żartami - zwłaszcza po południu, kiedy nikomu nic się nie chce.

4) Milczek - małomówny, młody człowiek. Przez większość czasu nie słychać żadnych śladów jego obecności. Sporadyczne oznaki życia jak przeklinanie pod nosem podczas zmagania się z nową klawiaturą słyszę tylko ja, jako że siedzę naprzeciw niego. Czasem nawet ciężko zauważyć kiedy Milczek opuszcza pomieszczenie. Wszystko ku wielkiej irytacji Wąsika, który często mówi coś do niego w ogóle nieświadom faktu, że Milczek zniknął z pokoju.

Ze wspomnianych wyżej osób tylko Milczek i Pani Kula dali mi do tej pory coś do zrobienia. Przy czym nie jestem pewien czy w ogóle powinienem uwzględniać Kulę, jako że dała mi tylko kilka papierów do wysłania faksem. Głównym moim zleceniodawcą jest Naimad, do którego czasem wysyłam maile z prośbą o jakieś zajęcie. Formalnie Naimad wraz z Absolwentką i Panią Wice pracują w tym samym biurze, ale urzędują w sąsiednim pomieszczeniu.

Jeżeli chodzi o o moje otoczenie to wydaje mi się, że z grubsza naszkicowałem sylwetki osób z mojego biura. W momencie kiedy to piszę minął już pierwszy tydzień mojej pracy w tym miejscu . Zostały trzy, tak więc nie wykluczam kolejnych odcinków "Praktyki". Trzymajcie się!

                                                                   C.D.N.








czwartek, 9 sierpnia 2012

Praktyka - część 1: Pozwól mi wejść

  Nie lubię nosić garnituru. Odnoszę wrażenie że twórcy tego typu ubiorów mają gdzieś głęboko zakorzenioną w swej świadomości myśl o treści "Cierpcie, wy wytworne dupki!". Czuję że uwiera mnie na każdym kroku. A może to tylko moje urojenia? Nie, wy złośliwcy - nie noszę za małego egzemplarza.
  I tak stoję, jedyny facet w garniturze przyciągający spojrzenia reszty pasażerów autobusu, człowiek dręczony przez wątpliwości, które gnębiły, gnębią i będą gnębić setki moich koleżanek i kolegów odbywających praktyki. Co jeśli ludzie w robocie okażą się burakami? Co jak zaczną mnie odpytywać z fachowej wiedzy, której mimo dwuletnich studiów wciąż nie mogę w sobie znaleźć? Co jak dadzą mi do zrobienia coś zbyt trudnego/głupiego/bezsensownego?
  Wkraczam do budynku. Pierwsza przeszkoda - bramki.
  Co chwila przez drzwi obrotowe za mną nadciągają ludzie, którzy odblokowują je przy użyciu swoich kart identyfikacyjnych po czym udają się w stronę wind. Jest to jedyna droga na wyższe piętra, gdzie mam się spotkać z panią z działu kadr.
  Nie mam karty identyfikacyjnej.
  Za biurkiem recepcji nie ma żywej duszy.
  Po kilku minutach z góry schodzi miła pani, która pomaga mi dostać się do odpowiedniego miejsca. Zostaję przekazany drugiej pani - bardziej energicznej i uśmiechniętej. Zostaję zapytany czy życzę sobie coś do picia i poproszony o zaczekanie w sali konferencyjnej.
  Sala konferencyjna? Co oni będą mi robić?
  Uśmiechnięta zjawia się po chwili z plikiem papierów. Mam je przeczytać, zanim zacznę podpisywać papiery. Mam na to godzinę. Po jej wyjściu okazało się że to 50 stron paragrafów dotyczących zachowania tajemnicy bankowej. Jak zaklejać koperty, jakie cechy powinno mieć pomieszczenie do przechowywania kopii zapasowych.i co mi zrobią jak przekażę ważne informacje komuś z zewnątrz. Trochę jak czytanie umowy licencyjnej przed instalacją. 
  Papiery podpisane. Czas poznać szefa i miejsce pracy. W tym celu muszę zjechać na dół i udać się do sąsiedniego budynku. Mówiłem już że nie mam karty identyfikacyjnej?
  Udało się. Okazało się że ktoś uprzedził recepcjonistkę że przyjdę. Tak! Jadę windą w górę! Praktyki, nadchodzę! Winda staje na moim piętrze, wychodzę z niej w dużo lepszym nastroju. Zmierzam zdobywać doświadczenie i podglądać profesjonalistów przy pracy. Dzięki temu stanę się w pewnym stopniu tak kompetentny jak oni. Tak!
  Zgadnijcie, czego potrzebuję żeby wejść do biura?
  W końcu zostaję wpuszczony przez panią sekretarkę - przesympatyczna pani, która prowadzi mnie w stronę interesujących mnie pomieszczeń.  Najpierw chcę iść do dyrektora, celem dopełnienia uczelnianych formalności żeby żadne biurokratyczne cholerstwo nie psuło mi radości z pracy. Pani Orient, sekretarka, która wpuściła mnie do biura sprowadza mnie szybko na ziemię przekazując mi dwie istotne wiadomości:
1) Pan dyrektor był uprzejmy zostać tatusiem. Jako że jego życie zostało przewrócone do góry nogami wziął sobie urlop. Na szczęście praktyka trwa miesiąc, więc prędzej czy później go dopadnę.
2) Facet od wydawania kart dostępu wziął sobie wolne.


                                                                       C.D.N.
 

niedziela, 5 sierpnia 2012

Home, sweet home

  Witajcie. Jako że wróciłem już ze wczasów blog znowu będzie aktualizowany. Myślę, że niebawem przybędzie tu sporo treści jako że jutro zaczynam nową pracę. Zobaczymy jak rozwinie się sytuacja. Trzymajcie się!
                                                                                                                                 Szarozielony