niedziela, 23 grudnia 2012

Słowo na Święta

  Piszę te kilka słów w przerwie między pichceniem a sprzątaniem domu przed tym wyjątkowym okresem. Dla tych wszystkich, którzy byli dość cierpliwi lub odważni żeby wpadać na tę stronkę aż do tej pory.
  Wielkie dzięki za Waszą obecność i komentarze. Nie ma co prawda tego zbyt wiele, ale dzięki temu mam poczucie pewnej kameralności. Wiem, że niektórzy z Was nie przepadają za Bożym Narodzeniem, jednak okres, w którym ludzie ciągną ku sobie często pokonując setki kilometrów jest wyjątkowy. Niezależnie od ewentualnej sztuczności gestu.
  Wiele osób w tej chwili uśmiechnie się głupio, splecie dłonie za plecami, oczkami zacznie obserwować pajęczynę na suficie i rzeknie "No, ja jestem kiepski/a w składaniu życzeń". Uraczę Was czymś konkretniejszym, bo podobnych tekstów jeszcze się nasłuchacie.
  Na nadchodzące dni życzę Wam:
  • Braku wspomnianej sztuczności. Żeby ludzie z Waszego otoczenia otworzyli się na swoich bliskich i otrzymali w zamian zrozumienie dla ludzkich słabostek.
  • Żeby przygotowania do Bożego Narodzenia nie były dla Was torturą, tylko kosztami sukcesu.
  • Żeby godziny kombinowania nad jedzeniem były warte poświęconego wysiłku.
  • Spokoju. Żebyście mogli bez wyrzutów sumienia napełnić brzuchy świątecznymi specjałami, przywdziać sweter doręczony przez jednego z licznych pośredników Świętego Mikołaja i leniwie obserwować spadający za oknem śnieg.
  • Żeby wspomniany już śnieg stopniał w diabły i mróz nie przenikał przez cztery warstwy ubrania.
  • Cierpliwości do ludzi. Oni zawsze wywiną jakiś numer. 
  • Żebyście nacieszyli się kilkoma dniami bez stresu.
  Jeszcze raz dziękuję za Wasze odwiedziny. Wesołych Świąt i niech Bóg Wam błogosławi. Trzymajcie się!

                                                                                                       Szarozielony
     

wtorek, 18 grudnia 2012

Demokracja to dziwka

 Wczoraj przeczytałem dosyć ciekawy artykuł na Wirtualnej Polsce. Dotyczy on oczywistych konsekwencji po wprowadzeniu w życie zapowiedzianego przez prezydenta Hollande'a podatku dla bogatych. Według danych podanych w artykule będzie on obowiązywał ogromną liczbę osób - aż 1500. Jak wyliczyli redaktorzy WP, dzięki temu Skarb Państwa zostanie zasilony rocznie przez... uwaga, uwaga!... 210 milionów euro!
  210 milionów! Dość kasy, żeby naprawić gospodarkę kraju, a jeszcze zostanie na darmowy szampon dla najuboższych!
  Żarty na bok. Sposób myślenia socjalistów mnie przeraża. 210 milionów to NIC. Masz w kraju grupę ludzi, którzy posiadają sporo kasy. Rozsądni ludzie taką kasę zainwestują. Do obrotu wpłynie całkiem niemało pieniędzy oraz zwiększy się kapitał. W konsekwencji mogą powstać spółki, gdzie wiele osób może dostać pracę. Fajna rzecz w dobie kryzysu, co? I nagle wpada Pan Socjalista, który wyciąga w stronę potencjalnego inwestora łapę i prosi: "Oddawaj trzy czwarte swoich dochodów, kapitalistyczna świ... TFU! Bogaty obywatelu! Potrzebujemy jej na zasiłki dla imigrantów!". Wyobraźcie sobie ich zdziwienie, kiedy milioner w odpowiedzi rzekł "Adieu!".
  Znany aktor, Gerard Depardieu w odpowiedzi na absurdalne stawki podatkowe zrobił to, co każdy z nas uczyniłby na jego miejscu - przeniósł się do Belgii.
  Wyobraźcie sobie larum, jakie się podniosło.
  "Pan Depardieu porzuca pole bitwy w najgorętszym czasie walki z kryzysem" - skarży się obecny premier. Jak śmiesz, Gerard? Wracaj tu natychmiast ze swoimi milionami! Biedny aktor znalazł się w ogniu krytyki. Ludzie, którzy z dumą uważają się za "przede wszystkim Europejczyków" zarzucają mu niepatriotyczne zachowanie. Że wypina się na ojczyznę, która go potrzebuje.
  Wytłumaczcie mi proszę, kto głosuje na takich ludzi? Wystarczy obiecać, że będzie się gnoić bogatszych od nas żeby zyskać naszą aprobatę? Czy ktoś pomyślał o konsekwencjach dla już kulejącej gospodarki przed zagłosowaniem na socjalistów?
  Z czasem na wierzch wypływa co raz więcej wad systemu demokratycznego. Wystarczy polizać po tyłku jednostkę nieinteresującą się sprawami kluczowymi i już możemy liczyć na jej poparcie. Temu obiecam zasiłek, temu refundację, jeszcze innemu skrócę czas pracy. Dendrofilowi pozwolę wziąć ślub ze swoim drzewkiem i adoptować dzieci. Imigrantom zapewnię łatwiejsze zdobycie obywatelstwa i obiecam kupę kasy za nic nierobienie. Mam ogromne poparcie. Wygrywam wybory. W pewnym momencie siadam i zaczynam się zastanawiać: "dlaczego, do cholery, wszystko się wali?".
  Zaczynam się zastanawiać, czy nie lepiej by było traktować partie socjalistyczne jak organizacji przestępczych. Pomyślcie: ściąganie gigantycznych haraczy, przez co mniej kasy zostaje na działalność inwestycyjną - to ewidentne działanie na szkodę gospodarki, a w konsekwencji Państwa. Już pomijam na co rzeczone organizacje chciałyby je wydawać, bo aż się człowiekowi żyć odechciewa.
  Doskonale rozumiem ludzi, którzy dają stamtąd nogę. Bonne chance, monsieur Depardieu!
           
                                                                                                                               Szarozielony

   Tutaj macie link do artykułu, jakbyście chcieli się zapoznać z treścią.

 

czwartek, 6 grudnia 2012

"Mój partner..." zaczęła, zadzierając nosek...


  Na jednym ze spotkań towarzyskich wywiązała się dość nietypowa dyskusja. Dotyczyła postępującego trendu w nazewnictwie relacji towarzysko-uczuciowo- społecznych. Zaczęło się, podczas typowej dla okazji pogaduchy na temat kontaktów damsko-męskich. Kolega dla dodania sobie powagi uniósł nieco szklankę i rozpoczął (a raczej podjął próbę rozpoczęcia) wywodu słowami "Zdarza się często, kiedy partner...".
   Kolegę serdecznie pozdrawiam i przepraszam za brutalne wejście w słowo jakie nastąpiło sekundę później.
   "Jaki, kurde, PARTNER?!" - zainteresowałem się."Dosyć dziwne określenie na kogoś, z kim wiąże Cię dosyć silna więź emocjonalno-biologiczna (hy, hy!). Strasznie oficjalnie, nie sądzisz? Skoro czyjś chłopak/dziewczyna to dzisiaj "partner" lub "partnerka" (ach, jak nowocześnie!) to jakiego określenia będziecie używać za parę lat? Czy kochanek zyska oficjalnie miano "współkopulanta"?
   Koleżanka, która była tego wieczoru w wyjątkowo dobrym nastroju prosiła mnie abym pociągnął ten temat na blogu. W myśl zasady, że damom się nie odmawia (zbyt długo) trzeba było w końcu to uczynić. Co prawda fakt zaistniał jakieś dwa miesiące temu, ale lepiej późno niż wcale. A sympatyczną koleżankę pozdrawiam.
   Czemu wkurzam się za tego "partnera"? Jak już wspomniałem kojarzy mi się to z niesamowitym spłyceniem relacji międzyludzkich - najważniejszych rzeczy w życiu. Partnera to ja mogę mieć w interesach, w pracy. Mogę mieć partnerkę od tańca (abstrahując od faktu, że mało która pani by ze mną wytrzymała w takim układzie). Partnerstwo taneczne (czy szachowe, biznesowe i tak dalej) to swojego rodzaju porozumienie.
    Przychodzimy -> robimy to, co umówiliśmy się że będziemy robić -> kończymy -> każde idzie w swoją stronę -> kontakty towarzyskie? Zdarza się, ale musu nie ma. Oczywiście o ile nie zagrozi to naszemu bezcennemu układowi.
   I ja używając takiego nazewnictwa mam zrównać wspomniane przykłady ze związkiem między kobietą i mężczyzną? Zastosować ten sam schemat działania? Trąci patologią. Patologią tragiczną w skutkach. Zwłaszcza, że "partnerski" sposób przedstawiania relacji staje się co raz częściej używany. Zauważcie, że nasi ukochani celebryci rzadko kiedy mówią o ludziach, z którymi wspólnie wędrują przez życie (najczęściej przez jeden krótki odcinek) inaczej niż "partner" czy "partnerka". No, ale ludzie z syndromem "HEJ! PATRZCIE NA MNIE!" nigdy nie jawili się w moich oczach jako szczególnie wartościowi.

   Ciekawe, jak to się rozwinie w przeciągu dziesięciu lat? Jak spłycamy relacje, to po całości!

  Ojciec - spłodziciel
  Matka - spłodzicielka
  Dziecko - osiemnatoletnie zobowiązanie finansowo- prawne (w skrócie osie-fin-pra)
  Przyjaciel - partner konwersacyjno- rozrywkowy
  Babcia -  bezpłatny nadzór nad osiefinprą + catering
  Dziadek - bezpłatny nadzór nad osiefinprą + moduł rozrywkowy
  Zwierzak domowy - dodatek do odzieży wyjściowej. Napęd na żarcie, ale za to wyjdziemy na pro-eko!

  Obrzydliwe, co?

  Macie jakieś ciekawe pomysły na dopełnienie powyższego słowniczka?

                                                                                                                               Szarozielony

niedziela, 2 grudnia 2012

Półtora miesiąca bez aktualizacji



  Czemu to uczyniłem? Albo lepiej: czemu nic nie uczyniłem? Zakładać swój własny kącik w Internecie, publikować w nim swoje wypociny tylko po to żeby nagle olać sprawę? Jestem załamany własną postawą.
  Muszę się ogarnąć.
  Teraz jak już się przełamałem przerywając milczenie trzeba będzie zadbać trochę o bloga. A w zasadzie dwa blogi. Jedynym problemem jest  motywacja, która była uprzejma ulecieć jakiś czas temu i brak weny twórczej. O czym pisać, do jasnej ciasnej? O polityce? Nieliczni komentatorzy zaczęliby walczyć na śmierć i życie, a przecież nie o to chodzi. O uczelni? W tym roku będę się bronił, więc może jakiś materiał na notkę się znajdzie. O moim psie? Introwertyczna i paranoiczna - tutaj bez zmian. W przeciwieństwie do mnie jest wyjątkowo konsekwentna. Moje przemyślenia? Ciekawe jak długo można się dzielić z internautami rezultatami swojego rozkminiania bez bycia zaszufladkowanym w kategorii "Uwaga, kompletny psychol". W sumie parę osób z cyberprzestrzeni już mi to sugerowało. Ach, te Demotywatory... może i jakość serwisu leci na pysk, ale na pluralizm poglądowy użytkowników nie ma co narzekać. Pełno tam naprawdę wściekłych ludzi nieświadomych faktu, że z ludzi prezentujących swoje poglądy stali się wulgarnymi trollami. Biedactwa. Rozmowa z nimi przypomina szturchanie kijem wściekłe pawiany przez pręty klatki. A przynajmniej tak zakładam, nigdy nie szturchałem pawianów. Trzeba być wyjątkową mendą, żeby stosować takie praktyki. W takim razie czemu stosuję je na ludziach? Czyżbym był cholernym sadystą z nadmuchanym ego? Może te kilka tysięcy punktów za komentarze na Demotywatorach i dwa gościnne występy na Mistrzach przewróciły mi w głowie? Internecie, coś Ty ze mną zrobił? Dlaczego przeszedłem od tragedii leniwego blogera do szturchanych pawianów?


  Stało się! Consumantum est! Przeczytałem powyższy akapit napisany jednym tchem i widzę tam wyłącznie bełkot szaleńca. To oficjalne - odwala mi. Chociaż ludzie lubią psycholi. Taki Joker od Batmana... STOP!
Będzie tych dygresji!

  A teraz na poważnie: to, co właśnie przeczytaliście, drodzy Odbiorcy, to rezultat pewnego eksperymentu. Pewna osoba (serdecznie pozdrawiam!) poradziła mi remedium na niemoc twórczą. Chodzi o to, żeby siąść i zacząć pisać o tym, co się akurat nawinie. Metoda jak widać zadziałała, choć efekt jest przerażający. Oznacza to jednak, że powrót do bloga będzie łatwiejszy niż przypuszczałem. Szkoda by było tak to zostawić, w końcu sam Wujek Google mnie kojarzy (nie wierzycie, sprawdźcie).
  Wpadnijcie za jakiś czas. Zamierzam się ogarnąć i zadbać trochę o mój kawałek Internetu. Trzymajcie się!
                                                                                                         
                                                                                                                       Szarozielony.