piątek, 7 czerwca 2013

O tym, jak poszedłem załatwiać‎ formalności i mało mnie szlag nie trafił

    Są w takie chwile w życiu każdego człowieka chcącego wpisać‎ sobie w dokumenty "wykształcenie: wyższe", że musi odpuścić‎ sobie zgłębianie tajników wybranej przez siebie dziedziny (a tajniki trzeba zgłębiać‎ szybko, bo za dwa dni będzie z nich egzamin) na rzecz kontaktów z administracją wydziałową. Niestety, nie są to spotkania czysto opcjonalne, ponieważ od załatwienia niektórych spraw w terminie zależy sporo rzeczy, takich jak niezostanie orżniętym na parę stów, lub wręcz niewylecenie na zbity pysk z wydziału. Tak czy owak, od czasu do czasu należy rzucić‎ wszystko w cholerę i spróbować‎ przed upłynięciem terminu dostać‎ się do dziekanatu.
  Co ciekawe, miejsce to z dziekanem ma niewiele wspólnego. Można wręcz zaryzykować‎ stwierdzenie, że dziekan jest ostatnią osobą, której można się tam spodziewać‎. Podczas gdy największa szycha na wydziale reprezentuje swoją jednostkę na zewnątrz i robi za pełnoetatowy autorytet nierzadko tłukąc się po całym świecie ktoś zajmuje się całym papierkowym syfem, któremu dziekan nie dałby rady podołać‎. Nawet gdyby chciał. Nie jest to zadanie dla typowego śmiertelnika, zatem udając się tam w celu załatwienia swojej sprawy jest ona rozpatrywana przez anioła lub demona. Innej opcji nie ma.
  Tego dnia zjawiłem się przed drzwiami dwie godziny przed otwarciem dla interesantów. Ostrożności nigdy za wiele, gdyż chciałem załatwić‎ niezbędne formalności od razu i przymusowe odkładanie tego na później byłoby bardzo kłopotliwe. A powód mojej wizyty był nie byle jaki: tego dnia postanowiłem rzucić‎ inne zajęcia związane z zaliczeniami i złożyć‎ w dziekanacie swoją pracę dyplomową. W dwóch egzemplarzach. Oprócz tego zobowiązany byłem przynieść:
- kilka swoich zdjęć - pani w zakładzie fotograficznym była tak miła, że usunęła większą część żądzy mordu z pierwotnej wersji mojej podobizny. Jej profesjonalizm i miła obsługa poprawiły mi humor do tego stopnia, że nad kwotą widniejącą na paragonie uroniłem jedynie symboliczną łzę.
- dowód wpłaty za dyplom, który (być może) otrzymam. Odniosłem wrażenie, że jak na kawałek przetworzonego drzewka kwota była nieco za wysoka. Przynajmniej o pięćdziesiąt złotych.
- wydruk z systemu antyplagiatowego - komputer nie stwierdził żadnego bezpośredniego zżynania z pozycji, które zawarłem w bibliografii (Hura!) natomiast zwrócił mi uwagę, że ciąg aż 26 słów z mojej pracy pokrywa się z wyrokiem wydanym przez sąd okręgowy w Olsztynie (WTF?)
- karta obiegowa - kupa śmiechu. Istnieje kilka biur, które muszą walnąć mi tam stempelek na znak, że jestem z nimi rozliczony. Po załatwieniu podpisu, że mam certyfikat na znajomość angielskiego (kij z tym, że ocena jest w systemie i mogli ją bez trudu przesłać) przyszła pora na biblioteki: wydziałową i ogólnouniwersytecką. Każda stemplem pracownika potwierdziła, że oddałem wszystkie książki. Bezpośrednią konsekwencją podpisania przez nie obiegówki jest likwidacja mojego konta bibliotecznego. Przed ostatnią i najważniejszą sesją. Nie no, w porządku - lubię wyzwania.
 - last, but not least - płytka CD z elektroniczną wersją mojej pracy. Chrzanić e-maile.
Stałem tak z plikiem papierów w rękach, podczas gdy za mną pojawiała się co raz dłuższa kolejka. W końcu naszedł czas, w którym dziekanat został otwarty dla plebsu.  Wziąłem głęboki wdech i przekroczyłem próg.
  Anioł, czy demon?
- Dzień dobry, przychodzę w sprawie złożenia pracy i załatwienia formalności z tym związanych.
- Już do pana idę.
  Hej, idzie nieźle!
  Pani z dziekanatu zaczęła przeglądać zawartość koszulki na dokumenty, którą położyłem na blacie. Formalne pierdoły z powyższej listy przeszły kontrolę bez śladu dezaprobaty. W końcu wzięła do ręki jeden z egzemplarzy rezultatu wielu godzin zmagań z Microsoft Wordem, otworzyła i zamarła.
  No to jestem w dupie. Na pewno coś schrzaniłem. Może oprawa jest uszkodzona? Może coś się niedodrukowało? A może wrzucili nowy wzór pierwszych stron wymaganych przez wydział i mi to umknęło? Ta niepewność jest dobijająca.
  Pani z kamienną twarzą obróciła ku mnie moją pracę. Była otwarta na pierwszej stronie. Moje nazwisko, majestatyczny tytuł, namiary na promotora. Wszystko OK. Musiała spostrzec, że nie dostrzegłem błędów w swoim zachowaniu i wskazała mi palcem na dół strony.
- Tu jest napisane "maj, 2013" - rzuciła
- W rzeczy samej, skończyłem pisać pracę pod koniec maja
- Ale teraz, kiedy pan próbuje ją złożyć, mamy już początek czerwca.
  Zachowaj spokój. Jeżeli teraz stracisz kontrolę, obedrze cię z resztek pewności siebie i godności. Potem wytrze tobą rozlaną kawę. I nie załatwisz tego, po co przyszedłeś.
- Cóż, Pani Promotor w pierwszych wersjach znajdowała od groma rzeczy do poprawki. Data na pierwszej stronie jest jedną z nielicznych rzeczy, do których nie miała żadnych zastrzeżeń - poszedłem na całość.
- Dobra, Stasia, zostaw! Nie ma co się czepiać - włączyła się niespodziewanie druga pani przerywając opróżnianie kolejnego kubeczka. Rzuciłem jej uważne spojrzenie. To nie był typ anioła, wręcz klasyczny demon. Na moje szczęście zbyt leniwy, żeby mnie uwalić. Stasia zmarszczyła nos i  przewertowała pracę. W końcu odłożyła cały mój pakiet i powiedziała, że jestem oficjalnie rozliczony z dziekanatem. Pożegnałem się i wyszedłem.
 Dopiero na zewnątrz mogłem pozbyć się pokerowej miny. Promotorka nie tylko podpisała się pod moją pracą, ale jeszcze ją pochwaliła. Cały dzień latałem jak pies z pęcherzem załatwiając wszystkie pierdoły wymagane przez dziekanat, oraz spędziłem wiele godzin na dopieszczanie pracy, poprawianie akapitów i pielęgnowanie czcionki. Wiele razy trafiałem na skraj załamania nerwowego gdy Word odmawiał udziału w takich przedsięwzięciach jak automatyczny spis treści czy numerowanie stron. W końcu, kiedy załatwiłem to, co miałem załatwić trafiła się czepialska baba. Gorzej! Czepialska baba z władzą. Szczerze współczułem pozostałym osobom w kolejce - mieli z nimi rozmawiać, kiedy były bardziej zmęczone i w gorszym humorze. Możliwe, że gdybym się nie postawił latałbym po punktach xero rozrywając okładki pracy i wymieniając pierwsze strony we wszystkich egzemplarzach.
  Ale skończyło się dobrze. Świadomość, że kolejny upierdliwy problem został właśnie zażegnany zawsze działa na mnie kojąco. W momencie, kiedy piszę te słowa mam za sobą wszystkie zaliczenia. Zamierzam spędzić resztę dnia w pełnym błogostanie - czego i Wam życzę. Trzymajcie się!
                                                                                                                            Szarozielony

piątek, 31 maja 2013

Czas leci

  Witajcie, dawno się nie widzieliśmy.
  Ostatnio cały czas pojawiały się rzeczy ważniejsze niż pielęgnowanie mojego prywatnego kawałka Internetu. Najczęstszym powodem była praca dyplomowa i formalne pierdoły z nią związane.  Im dalej jestem na ścieżce życiowej tym częściej spotykam się z sytuacją, gdzie rozwiązanie jednego problemu bezpośrednio tworzy następne. W rezultacie dziadostwo mnoży się jak króliki i skutecznie pozbawia czasu, siły i ochoty na wiele rzeczy. W tym prowadzenie bloga. Nie obawiajcie się jednak, moi nieliczni acz drodzy odbiorcy - praca jest oprawiona i czeka na złożenie w dziekanacie. Wtedy można będzie spokojnie pomyśleć o swojej internetowej działalności.
  Ale do rzeczy.
  Dokładnie trzy dni od momentu, w którym piszę te słowa minął rok od opublikowania mojego pierwszego posta. 
  Fajnie, co?
  Zgodnie z oczekiwaniami zawartymi w moim pierwszym artykuliku prowadzenie bloga przyniosło mi sporo doświadczeń, takich jak

- nawiązanie kontaktu z dużą ilością osób i poznanie jednej z nich osobiście (pozdrawiam!:)
- okazja do poćwiczenia pisania. Po tym treningu w sztuce przelewania myśli na papier nie miałem problemów z wysławianiem się podczas procesu pisania pracy dyplomowej. Wyjątkowo przydatna sprawa.
- poznałem środowisko blogerów. Po tym jak zasiliłem szeregi grupy osób publikujących różne treści w sieci i docierających do wąskiego grona odbiorców (głównie siebie nawzajem) moja wiedza o społeczeństwie, jakie tworzą internauci znacznie wzrosła. 
- bardzo ważna sprawa: zacząłem szanować twórców. Teraz dobrze znam ból, jaki towarzyszy niespełnianiu przez nasze dzieło wymagań, jakich mu postawiliśmy. Odczułem na własnej skórze, ile wyobraźni, odwagi, samodyscypliny i rzecz jasna umiejętności potrzeba, żeby dokonać aktu twórczego bez względu na sferę, w jakiej się tworzy. Bardzo cenne doświadczenie, dzięki któremu zmieniłem sposób patrzenia na niektórych ludzi.
  Z całą pewnością czas poświęcony na prowadzenie bloga nie poszedł na marne. Powiem nawet nieskromnie, że chyba idzie mi nie najgorzej, ze względu na fakt, że ktoś czyta co piszę. Wielkie dzięki dla tych, którzy zaglądają na moją skromną stronkę. Kto wie, może z czasem będzie Was więcej...? Jak na razie wrażenia ze swojej działalności oceniam na plus. A to dopiero początek.

                                                                                                                        Trzymajcie się!

                                                                                                                          Szarozielony

czwartek, 28 marca 2013

Dlaczego byłbym marnym recenzentem


  Nigdy nie byłem w stanie dogodzić polonistkom. Pomijając chlubny wyjątek, z którym miałem okazję współpracować w liceum czcigodne panie zawsze kręciły nosem na moją twórczość i interpretacje. Najgorzej było z recenzjami książek, które męczyły mnie od poziomu podstawówki, czyli okresu, w którym otrzymanie za swój tekst trójki było kompromitacją i tragedią rodzinną. Niby ich wymagania były proste: naszkicować zarys fabuły, opisać bohaterów i naskrobać swoją prywatną opinię na temat utworu. We wcześniejszych klasach szkoły podstawowej całość należało posumować rysunkiem zamieszczonym pod recenzją. Jednak zawsze okazywało się, że uzewnętrznienie moich wrażeń odczuwanych podczas lektury  wielce się różniło od wizji nauczyciela.
  Dzisiaj stawię czoła swoim słabościom i spłodzę recenzencki majstersztyk. Kompleks wywołany przez polonistki zostanie pokonany, a dzięki temu stanę się nieco lepszym człowiekiem zdolnym wziąć za mordę swoje niedoskonałości. Do dzieła!

Tytuł: Na ostrzu noża (tom pierwszy i drugi)
Autor:













   Chyba udało mi się oddać sprawiedliwość tej książce. Czas na podsumowanie i sformułowanie opinii

 





















poniedziałek, 18 marca 2013

Mroczna strona piesków

  Polacy lubią marudzić. Mają ku temu swoje powody - stan służby zdrowia, ogromna część wypłaty znikająca w czeluściach tworów państwowych, infrastruktura sprawiająca miejscami wrażenie, jakby od Drugiej Wojny Światowej nie widziała budowlańca, uległa postawa w prowadzeniu polityki zagranicznej... Można by wymieniać godzinami. Demokracja pośrednia ma to do siebie, że żadne z nas osobno nie posiada możliwości przeprowadzenia legalnych zmian na wymienionych wyżej płaszczyznach. Można się oczywiście organizować w rozmaite ruchy społeczne, ale, jak głosi pewne powiedzenie, gdzie dwóch Polaków tam trzy zdania.
  Biorąc pod uwagę czas i zasoby jednej osoby możemy za to wprowadzać zmiany stosunkowo mniejsze, dokonując małych rewolucji we własnym zachowaniu, co bezpośrednio przełoży się w niewielkim stopniu na jakość życia całej wspólnoty.
  Do czego zmierzam?
  W mojej miejscowości rozpoczął się okres roztopów. Tony tego białego dziadostwa nikną z godziny na godzinę odkrywając rzeczy, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego. Wczesnym rankiem wyszedłem wraz w Whitney na zewnątrz celem odbycia porannego spaceru. Świeciło słońce, wiał wcale przyjemny wiaterek, a co śmielsze ptaki rozpoczynały próby generalne przed swoimi wiosennymi występami. Uśmiechnięty przystanąłem na stopniu i zaczerpnąłem wielki haust... smrodu starych, przerażających w swojej ilości i gabarytach psich fekaliów.
   Drodzy rodacy, szanowi psiarze - do ciężkiej kurtyzany opłakanej kondycji materialnej, SPRZĄTAJCIE PROSZĘ PO SWOICH PUPILACH.
  Naprawdę nie widzicie niczego nieodpowiedniego w pozwalaniu na narastanie śladów psiej bytności, aż ich ilość osiągnie wręcz kabaretowe rozmiary? Nie przeszkadza Wam konieczność odbycia slalomu w drodze po pieczywo? Lubicie woń, jaka się roznosi przy trzydziestu stopniach Celsjusza? Nie wierzę Wam.
  Dlaczego nie czynicie swojej podstawowej powinności? Brzydzicie się? Jestem w stanie to zrozumieć, jednakże część już miała do czynienia (a resztę spotka to prędzej czy później) z niemowlęciem i zmienianiem pieluch - nie ma tu żadnej różnicy. W obu przypadkach mamy do czynienia z istotą, która po prostu nie jest w stanie udać się do przybytku w celu załatwienia swoich potrzeb, zatem trzeba ją w pewnych kwestiach wyręczyć. To jest chwila, kiedy miłość w końcu musi wygrać z obrzydzeniem.
  Sprawa jest prosta:
  1. Organizujecie przy drzwiach wejściowych torbę, do której natychmiast wrzucicie foliowe siatki po pieczywie oraz pozostałe siaty, których nie wyrzuciliście "bo mogą się kiedyś przydać".
  2.  Przed każdym spacerem z kochaną kudłatą bestią bierzecie dwie siatki (dobrze mieć jedną w zapasie)
  3. Czekacie, aż piesek zrobi, co ma być zrobione
  4. Metoda Na Cukiernika: nakładacie siatkę na dłoń, zbieracie omawiane obiekty i wywijacie folię na drugą stronę. Siatkę zawiązać
  5. Ignorujcie zdumione spojrzenie psa
  6. Pozbądźcie się siatki przy pierwszej nadarzającej się okazji
   Ja na początku używałem dwóch siatek na raz celem zmniejszenia dyskomfortu psychicznego.

  Stosując wymienione wyżej kroki przyczyniacie się do zwiększenia atrakcyjności estetycznej okolicy oraz zyskujecie moralne prawo do narzekania na ludzi niesprzątających po psach.
  Niby nic, ale faktycznie wpływa  na  poprawę naszej sytuacji. Będziemy mogli mówić: "Stan służby zdrowia jest fatalny, ogromna część wypłaty znika w czeluściach tworów państwowych, infrastruktura sprawia miejscami wrażenie, jakby od Drugiej Wojny Światowej nie widziała budowlańca, nasi politycy płaszczą się przed zagranicznymi ALE przynajmniej  w okolicach mojego domu już nie śmierdzi".
  Warto, naprawdę warto. Trzymajcie się!

                                                                                                                                                                                                                                                                                                            Szarozielony

środa, 27 lutego 2013

Promowania młodych talentów ciąg dalszy

  Pamiętacie jak swojego czasu polecałem Wam stronę pewnej uzdolnionej lirycznie panienki, gdzie zamieszczała swoje utwory? Tym razem jest podobnie, jednak cały projekt ma nieco większą skalę.

  Ten tekst jest adresowany głównie do osób zainteresowanych pisaniem i w większym lub mniejszym stopniu realizującym się w ten sposób, ale wsparcie ze strony pozostałych czytelników bloga będzie jak najbardziej mile widziane.

  O co chodzi:
  Daniel Bartosiewicz, początkujący pisarz, na którego natknąłem się podczas przemierzania Internetu planuje wydać swoją powieść. Ślęczał nad pracą pół roku i jest bardzo dumny z rezultatu. Planuje swoją książkę wydać, jednak martwi go trochę perspektywa bycia niedocenionym i zasilenia szeregów pisarskiego planktonu, czyli twórcom, którym nie dane było osiągnąć rozgłos i wyrobić sobie markę. Zaoferowałem swoją pomoc w swojego rodzaju działalności reklamowej. Empatia i te sprawy.
  Mam dla osób zainteresowanych próbkę jego twórczości, a konkretnie jeden krótki rozdział książki. Na pewno chcielibyście znać jakieś szczegóły dotyczące tej powieści, prawda?
  • Jest ona zaadresowana głównie dla młodzieży oraz opisuje perypetie bohaterów w tym wieku (coś jak twórczość Edmunda Niziurskiego)
  • Jest napisana w sposób bardzo lekki, czyta się to bez żadnego problemu
  • Humor również jest lekki
  • Postacie i sytuacje są przerysowane, celem przestawienia satyry na różne sytuacje i wzorce zachowań
  • Zostanie wydana w formie e-booka w serwisie Wydaje.pl, zatem koszt jej zakupi wyniesie raptem kilka złotych. Wydaje mi się, że cena jest bardzo atrakcyjna.
  Jeżeli powyższe cechy przykuły Waszą uwagę, dajcie mi znać. Po przesłaniu prośby na adres szaryizielony@gmail.com prześlę Wam jeden rozdział powieści. Taka wersja demo. Kiedy autor ogarnie temat wydania powieści w Internecie osobom zainteresowanym prześlę link do e-booka.
  Dzięki za uwagę. Warto sobie od czasu do czasu pomóc, zwłaszcza, że jedyny koszt jaki ponosimy to dziesięć minut poświęcone na stukanie na klawiaturze, prawda?



...


No dobra! Fajnie by było za dziesięć lat zobaczyć swoje nazwisko w rubryce "podziękowania" w bestsellerowej książce stworzonej przez początkującego dziś autora. Trzymajcie się!
                                                                                                                            Szarozielony

piątek, 15 lutego 2013

The Walking Dead - refleksja na temat uniwersum


   Filmów i gier z żywymi trupami w roli głównej w dzisiejszej popkulturze jest pełno. Stały się standardowym straszakiem w wielu horrorach jak również przeciwnikami stanowiącym mięso armatnie w grach komputerowych. Można by rzec, że z biegiem czasu odbiorcy oswoili się już z agresywnymi nieboszczykami pojawiającymi się na ekranie. Doskonale wiedzą, czego się po nich spodziewać i potrafią wymienić z miejsca kilkanaście sposobów na ich likwidację jednocześnie załamując ręce nad niedoinformowaniem fikcyjnych bohaterów, którzy najwyraźniej w życiu nie widzieli ani jednego filmu z zombie w roli głównej i w rezultacie kończą jako ich przekąska. 
   Można by pomyśleć, że dzieło Kirkmana i spółki nie wybije się ponad inne produkcje traktujące o epidemii zombie ogarniającej świat i opisujące losy grupki ocalałych ludzi próbujących przetrwać. Jednak marka The Walking Dead odniosła sukces komercyjny. Komiks, od którego wszystko się zaczęło ma status bestsellera, a jego ekranizacja (na wznowienie której czekam z niecierpliwością) bije rekordy oglądalności. Powstała również gra komputerowa, która niedawno zgarnęła na rozdaniu VGA nagrodę za Grę Roku. Jakim sposobem historia Ricka Grimesa, policjanta, który po przerwie w życiorysie obrał sobie za cel ochronę swoich bliskich za wszelką cenę i przetrwanie w świecie opanowanym przez zdechlaki porwała miliony czytelników i widzów? Czym ta opowieść różni się od innych, również zdominowanych przez przeterminowanych antagonistów? Po chwili namysłu mogę powiedzieć, że znam odpowiedź na to pytanie. 
  Otóż tutaj zombie wcale nie są najważniejsze. 
  Ktoś mógłby odpowiedzieć "No, jakże to? Przecież to serial o zombie na podstawie komiksu o zombie! ".
  Już wyjaśniam. Truposze spełniają w tym uniwersum tylko dwie funkcje: sprawiają, że bohaterowie żyją w stanie ciągłego zagrożenia życia i odpowiadają za upadek cywilizacji. Oba te czynniki definiują zachowanie postaci i ich wzajemne relacje. 
   Wyobraź sobie, że na każdym kroku czyha na Ciebie śmierć - prawdopodobnie najgorsza, jaką możesz sobie wyobrazić, czyli pożarcie żywcem. Że codziennie musisz unikać nigdy nie męczących się stworów, które snują się aż znajdą coś do jedzenia - Ciebie. Twoją jedyną przewagą jest ich szczątkowa inteligencja. Mimo, że w The Walking Dead ten obraz jest wyjatkowo dobrze przedstawiony, to jednak jest on typowy dla tego gatunku.
  Dużo ważniejszy jest aspekt zniszczenia wszelkich ludzkich organizacji, przez co bohaterowie zmagają się z brakiem zapasów niezbędnych do przeżycia i absolutnym brakiem wsparcia ze strony zorganizowanych grup zbrojnych, które po prostu przestały istnieć. Prędzej czy później zombie paradoksalnie stają się najmniejszym zagrożeniem. Nikt nie pilnuje przestrzegania żadnych praw, zatem co zrobisz, jak napotkasz grupę większą i lepiej uzbrojoną niż Twoja? Czy dowódca owej grupy świadomy obecności kilkudziesięciu pomagierów na każde skinienie i gwarancją niekaralności okaże się miłym facetem? Właśnie ta atmosfera ciągłej nieufności między ludźmi, którzy z założenia powinni się nawzajem wspierać w ciężkich czasach decyduje o wyjątkowości The Walking Dead. Z jednej strony głodne trupy, z drugiej - konflikty nawet pośród ludzi dzielących z Tobą los. Doskonale została pokazana pewna płaszczyzna ludzkiej mentalności - nawet w obliczu apokalipsy istoty ludzkie są zdolne skakać sobie do gardeł. I robią to. 
  Całość doskonale podsumowuje slogan reklamujący serial:


 
  Przez to historia perypetii grupy ocalałych jest wyjątkowo ponura. Jeżeli jednak Ci to nie przeszkadza, jak również nie masz nic przeciwko brakowi tabu oraz brutalności z elementami gore polecam bliższe zaznajomienie się z uniwersum. Warto, jako że ten specyficzny klimat można naprawdę polubić. 
  Trzymajcie się!
                                                                                                                Szarozielony 

środa, 13 lutego 2013

Doskonały śnieg na bałwana


  Wiele czynników przyczyniło się do dzisiejszego odwiedzenia parku. Nie najgorsza pogoda, bliska lokalizacja, chęć odreagowania wieści o wynikach egzaminu, który poszedł nie całkiem po mojej myśli oraz fakt posiadania czworonożnego sierściucha, który w teorii powinien takie wyprawy ubóstwiać. Whitney jest jednak psem wyjątkowym - podczas przypinania smyczy przed wyjściem patrzyła mi w oczy z głęboką pogardą. Na miejscu pokazała zęby dwóm rozkosznym szczeniakom bardzo zainteresowanym zabawą z nią. Przez większość czasu była pochłonięta wąchaniem i ryciem w śniegu. Zupełnie, jakby spodziewała się tam znaleźć jakieś skarby.
  Śnieg, powiadasz, pieseczku?
  Temperatura wynosiła w przybliżeniu trzy stopnie. Po schyleniu się i przebadaniu podłoża stwierdziłem, że biała breja idealnie się klei. Nie było bata - czułem się moralnie zobowiązany do ulepienia bałwana. Po raz pierwszy od dobrych dziesięciu lat. 
 
   Rezultat?

  Może i nie jest dziełem sztuki, ale ja poczułem się bardzo usatysfakcjonowany. Mając w pamięci wyczyny mojego poprzedniego psa, któremu w zabawie zdarzało się niszczyć bałwany zainteresowałem się, jak zareaguje na niego Suczka:


Whitney is not impressed

     Postronnego obserwatora może dziwić fakt, że człowiek jest bardziej ucieszony spacerem i zabawami w śniegu niż jego pies. Cóż zrobić? Moja psica jest po prostu wyjątkowa. 
  Odchodząc od miejsca, gdzie zostawiliśmy naszą konstrukcję zacząłem się zastanawiać czemu w miejscu tak często odwiedzanym przez dzieciaki z rodzicami nie ma żadnych bałwanów. Czyżby i one były reliktem minionej epoki niczym kultura podwórkowa? Ponure rozważania okazały się bezpodstawne - znaleźliśmy jeszcze jeden śnieżny obiekt, zbudowany ze znacznie większą dbałością o szczegóły. 

"Możemy ć do domu?"

   Wyprawa znacznie poprawiła mi humor. Postawa Whitney nie zmartwiła mnie ani trochę, gdyż już nauczyłem się z tym żyć. Uznałem, że te fochy po prostu dodają jej osobie specyficznego klimatu. Myślę, że i ona nie najgorzej się bawiła. 
  Spędziłem bardzo udany dzień. Życzę Wam tego samego. Trzymajcie się!
                                                                                                                      Szarozielony. 

środa, 30 stycznia 2013

Trolling internetowy - co to jest, z czym jest mylone i jak to tępić

  Internet - wspaniały wynalazek ludzkości, za pomocą którego ludzie z całego świata mogą przesyłać niezliczoną ilość bardzo zróżnicowanych danych. Pochwalić się zdjęciem kolegom ze Szwajcarii? Nie ma problemu. Napisać długi list do znajomej z Nowej Zelandii i szybko dostać odpowiedź? Pikuś. Zapytać ludzi z całego świata o najlepszy sposób na złowienie hinduskiego szczupaka-mańkuta? Chwila roboty i gotowe. Nie masz żadnych zagranicznych znajomych? Nie bój się - to też da się załatwić. Witamy w miejscu, gdzie każdy korzystając z ograniczonej anonimowości i szerokiego grona potencjalnych odbiorców może komunikować się bez żadnych przeszkód.
  Na negatywne rezultaty nie trzeba było długo czekać. Jak powszechnie wiadomo każdy wynalazek w historii naszego gatunku został choć raz użyty w złym celu - od gumowej kaczuszki po technologię rozbijania atomów. W tym wypadku znalazło się sporo ludzi, którzy z miłą chęcią obrzydzą innym korzystanie z dobrodziejstw sieci.
  Dobra, ten przydługi wstęp powinien zadowolić każdą polonistkę. Do rzeczy - na pewno słyszeliście o trollach.

   Troll internetowy - osoba, która za pośrednictwem narzędzi oferowanych przez Internet usiłuje wywołać negatywne reakcje współużytkowników - najczęściej chodzi tu o zażartą kłótnię. Trolling internetowy można uprawiać w każdym miejscu umożliwiającym pisanie komentarzy czy jakimkolwiek serwisie umożliwiającym interakcję z innymi internautami.

  Za moment napiszę dłuższy wywód dotyczący tego zjawiska. Jednak zanim to nastąpi muszę przypomnieć jedną, bardzo istotną rzecz osobom, które mylą pojęcia:

               Trolling ≠ robienie komuś kawałów

Nie wiem, skąd wzięła się moda na określanie wykręcanie komuś mniej lub bardziej wyrafinowanych kawałów mianem "trollingu" - zwłaszcza, że pojawiają się ludzie, którzy zaczynają stosować to określenie poza cyberprzestrzenią. Niby nic strasznego. Wyobraźcie sobie jednak dziesięciolatka zastępującego "trollowaniem" co drugi czasownik. Zaraz wypowie się ktoś, kto z wyrzutem przypomni, "że przecież słowa z czasem zmieniają znaczenie". Zmieniają, drogi mędrcze, ale nie o 180 stopni. Robienie sobie jaj wywołuje emocje głównie pozytywne, trolling internetowy wyłącznie negatywne.


                    

  Skoro to drobne zagadnienie mamy omówione to przejdźmy do rzeczy.
   To, co czyni trudnym identyfikację trolla jest odróżnienie go od zwykłego idioty tudzież osoby o bardzo oryginalnych poglądach. Na podstawie własnych obserwacji wyróżniłem trzy typy na podstawie tego kryterium.

  Troll kategorii C - osoba, która myśli że wystarczy zgwałcić ojczystą gramatykę i ortografię żeby zwrócić na siebie uwagę. Zazwyczaj nie stosuje nic bardziej wyrafinowanego niż bluzgi i zniewagi. Często nadużywa Caps Locka. Na te nędzne prowokacje dają się nabrać wyłącznie osoby nieobeznane z Internetem - reszta po prostu zgłasza komentarz do moderacji i przegląda stronę dalej.

 Troll kategorii B -  równie nieuprzejmy, ale bardziej wygadany. Jego komentarze są dłuższe, a prowokowanie negatywnego odzewu wychodzi mu nieco lepiej. Jeżeli spotkacie w Sieci notorycznego chama to możecie być pewni że spotkaliście trolla klasy B. 

  Troll kategorii A - zidentyfikować go można dopiero po dłuższej wymianie zdań. W porównaniu do internetowych standardów dba jako tako o formę wypowiedzi. Często używa w dyskusji używa argumentów zasłyszanych od innych osób, jednak bez samodzielnego ich przeanalizowania. Jeżeli podczas rozmowy natkniecie się na osobę powtarzające jak automat znajomo brzmiąco teksty ("Owsiak to wspaniały człowiek ale głupie polaczki nie mogą żyć bez opluwania lepszych od siebie"; "Marichuana jest mniej szkodliwa niż alkochol"*) to macie do czynienia z całkiem umiejętnym trollem. Cholera bierze człowieka jak to czyta. I o to właśnie chodzi.

  Troll kategorii AA ("Trollołak") - prawdopodobnie najbardziej nieszczęśliwi ludzie w Internecie. Trollołakami ochrzciłem grupę ludzi, którzy nie zdają sobie sprawy że przekroczyli barierę między fanatyzmem a zwykłym internetowym trollingiem.  Zachowują się jak troll kategorii A, jednak w przeciwieństwie do niego nie jest ich celem prowokowanie kłótni - oni po prostu w ten sposób prowadzą dyskusję. Niestety, nie pozostaje nic innego, jak traktować ich jak pełnoprawnego trolla celem osiągnięcia spokoju innych internautów. Ale o tym za chwilę. 

  Warto również wspomnieć o rewirach trolli. Większość z nich działa w wybranych przez siebie obszarach. Trolle mogą się przyczepić do:
  - obszaru całej strony. Wstawiają wtedy prowokacyjne komentarze WSZĘDZIE. Jeżeli pod postem traktującym o przetworach owocowych przeczytacie komentarz oskarżający o całe zło świata księży, wszystkich dotychczasowych premierów Polski lub graczy konsolowych możecie być pewni że to troll lub trollołak.
  -konkretnego tematu.  Jeżeli taki troll zobaczy możliwość rozpoczęcia dyskusji związanej z jego "specjalizacją" uderza z całą mocą. Stara się wtedy doprowadzić do dyskusji brutalnej, agresywnej i angażującej wiele osób. Jeżeli pod postami na pewien określony temat widzicie mnóstwo komentarzy jednego, umiarkowanie uprzejmego za to cholernie odpornego na argumenty internauty to niezawodny znak, że trafiliście na trolla z którejś z wymienionych czterech kategorii.
  -konkretnej osoby. Taki troll-prześladowca to wyjątkowo nieprzyjemna sprawa. Wyobraźcie sobie użytkownika, który komentuje złośliwie każdy przejaw Waszej twórczości w serwisie internetowym. Jeżeli przytrafiło się Wam coś podobnego, to z pewnością jesteście ciekawi metod radzenia sobie z tym zjawiskiem, prawda?

 Oto krótki algorytm:
  1. Upewnij się, że to troll 
  2. Ogłoś swoje odkrycie wszem i wobec celem uprzedzenia ogółu internautów i wezwij ich do wspierania Cię w punkcie trzecim
  3. Zignoruj fakt istnienia tej mendy społecznej
  Trolle praktykując swoją niecną działalność pragną przede wszystkim uwagi. Ignorowanie skutecznie zniechęca ich do wkurzania ludzi i w końcu idą szukać czegoś ciekawszego do roboty lub nawiedzać inne serwisy. Zważcie na to, że niektóre potrafią być dość cierpliwe. Jest to niestety jedyna możliwa opcja radzenia sobie z trollamić  - na wielu stronach moderatorów nie interesuje problem trollingu. Zignoruj dziada i wyobraź sobie jak cierpi chlipiąc przed monitorem kiedy nikt nie odpowiada na jego zaczepki. Chciałbym móc napisać, że dzięki temu skłonisz trollołaki do refleksji, ale ci biedni ludzie raczej nie zmienią taktyki. Ignorowani po prostu opuszczą serwis.
  Dzięki za poświęcony mi czas. Mam nadzieję, że zwróciłem niektórym uwagę na problem, jakim jest trolling w Internecie. Zastanówcie się, ile z obecnie toczonych przez Was internetowych bojów zostało wywołane przez aspołeczne jednostki szukające uwagi i okazji do psucia ludziom dnia. Nie dajcie im się - szkoda Waszych nerwów. Trzymajcie się!
                                                                                               Szarozielony
*pisownia zamierzona