środa, 27 lutego 2013

Promowania młodych talentów ciąg dalszy

  Pamiętacie jak swojego czasu polecałem Wam stronę pewnej uzdolnionej lirycznie panienki, gdzie zamieszczała swoje utwory? Tym razem jest podobnie, jednak cały projekt ma nieco większą skalę.

  Ten tekst jest adresowany głównie do osób zainteresowanych pisaniem i w większym lub mniejszym stopniu realizującym się w ten sposób, ale wsparcie ze strony pozostałych czytelników bloga będzie jak najbardziej mile widziane.

  O co chodzi:
  Daniel Bartosiewicz, początkujący pisarz, na którego natknąłem się podczas przemierzania Internetu planuje wydać swoją powieść. Ślęczał nad pracą pół roku i jest bardzo dumny z rezultatu. Planuje swoją książkę wydać, jednak martwi go trochę perspektywa bycia niedocenionym i zasilenia szeregów pisarskiego planktonu, czyli twórcom, którym nie dane było osiągnąć rozgłos i wyrobić sobie markę. Zaoferowałem swoją pomoc w swojego rodzaju działalności reklamowej. Empatia i te sprawy.
  Mam dla osób zainteresowanych próbkę jego twórczości, a konkretnie jeden krótki rozdział książki. Na pewno chcielibyście znać jakieś szczegóły dotyczące tej powieści, prawda?
  • Jest ona zaadresowana głównie dla młodzieży oraz opisuje perypetie bohaterów w tym wieku (coś jak twórczość Edmunda Niziurskiego)
  • Jest napisana w sposób bardzo lekki, czyta się to bez żadnego problemu
  • Humor również jest lekki
  • Postacie i sytuacje są przerysowane, celem przestawienia satyry na różne sytuacje i wzorce zachowań
  • Zostanie wydana w formie e-booka w serwisie Wydaje.pl, zatem koszt jej zakupi wyniesie raptem kilka złotych. Wydaje mi się, że cena jest bardzo atrakcyjna.
  Jeżeli powyższe cechy przykuły Waszą uwagę, dajcie mi znać. Po przesłaniu prośby na adres szaryizielony@gmail.com prześlę Wam jeden rozdział powieści. Taka wersja demo. Kiedy autor ogarnie temat wydania powieści w Internecie osobom zainteresowanym prześlę link do e-booka.
  Dzięki za uwagę. Warto sobie od czasu do czasu pomóc, zwłaszcza, że jedyny koszt jaki ponosimy to dziesięć minut poświęcone na stukanie na klawiaturze, prawda?



...


No dobra! Fajnie by było za dziesięć lat zobaczyć swoje nazwisko w rubryce "podziękowania" w bestsellerowej książce stworzonej przez początkującego dziś autora. Trzymajcie się!
                                                                                                                            Szarozielony

piątek, 15 lutego 2013

The Walking Dead - refleksja na temat uniwersum


   Filmów i gier z żywymi trupami w roli głównej w dzisiejszej popkulturze jest pełno. Stały się standardowym straszakiem w wielu horrorach jak również przeciwnikami stanowiącym mięso armatnie w grach komputerowych. Można by rzec, że z biegiem czasu odbiorcy oswoili się już z agresywnymi nieboszczykami pojawiającymi się na ekranie. Doskonale wiedzą, czego się po nich spodziewać i potrafią wymienić z miejsca kilkanaście sposobów na ich likwidację jednocześnie załamując ręce nad niedoinformowaniem fikcyjnych bohaterów, którzy najwyraźniej w życiu nie widzieli ani jednego filmu z zombie w roli głównej i w rezultacie kończą jako ich przekąska. 
   Można by pomyśleć, że dzieło Kirkmana i spółki nie wybije się ponad inne produkcje traktujące o epidemii zombie ogarniającej świat i opisujące losy grupki ocalałych ludzi próbujących przetrwać. Jednak marka The Walking Dead odniosła sukces komercyjny. Komiks, od którego wszystko się zaczęło ma status bestsellera, a jego ekranizacja (na wznowienie której czekam z niecierpliwością) bije rekordy oglądalności. Powstała również gra komputerowa, która niedawno zgarnęła na rozdaniu VGA nagrodę za Grę Roku. Jakim sposobem historia Ricka Grimesa, policjanta, który po przerwie w życiorysie obrał sobie za cel ochronę swoich bliskich za wszelką cenę i przetrwanie w świecie opanowanym przez zdechlaki porwała miliony czytelników i widzów? Czym ta opowieść różni się od innych, również zdominowanych przez przeterminowanych antagonistów? Po chwili namysłu mogę powiedzieć, że znam odpowiedź na to pytanie. 
  Otóż tutaj zombie wcale nie są najważniejsze. 
  Ktoś mógłby odpowiedzieć "No, jakże to? Przecież to serial o zombie na podstawie komiksu o zombie! ".
  Już wyjaśniam. Truposze spełniają w tym uniwersum tylko dwie funkcje: sprawiają, że bohaterowie żyją w stanie ciągłego zagrożenia życia i odpowiadają za upadek cywilizacji. Oba te czynniki definiują zachowanie postaci i ich wzajemne relacje. 
   Wyobraź sobie, że na każdym kroku czyha na Ciebie śmierć - prawdopodobnie najgorsza, jaką możesz sobie wyobrazić, czyli pożarcie żywcem. Że codziennie musisz unikać nigdy nie męczących się stworów, które snują się aż znajdą coś do jedzenia - Ciebie. Twoją jedyną przewagą jest ich szczątkowa inteligencja. Mimo, że w The Walking Dead ten obraz jest wyjatkowo dobrze przedstawiony, to jednak jest on typowy dla tego gatunku.
  Dużo ważniejszy jest aspekt zniszczenia wszelkich ludzkich organizacji, przez co bohaterowie zmagają się z brakiem zapasów niezbędnych do przeżycia i absolutnym brakiem wsparcia ze strony zorganizowanych grup zbrojnych, które po prostu przestały istnieć. Prędzej czy później zombie paradoksalnie stają się najmniejszym zagrożeniem. Nikt nie pilnuje przestrzegania żadnych praw, zatem co zrobisz, jak napotkasz grupę większą i lepiej uzbrojoną niż Twoja? Czy dowódca owej grupy świadomy obecności kilkudziesięciu pomagierów na każde skinienie i gwarancją niekaralności okaże się miłym facetem? Właśnie ta atmosfera ciągłej nieufności między ludźmi, którzy z założenia powinni się nawzajem wspierać w ciężkich czasach decyduje o wyjątkowości The Walking Dead. Z jednej strony głodne trupy, z drugiej - konflikty nawet pośród ludzi dzielących z Tobą los. Doskonale została pokazana pewna płaszczyzna ludzkiej mentalności - nawet w obliczu apokalipsy istoty ludzkie są zdolne skakać sobie do gardeł. I robią to. 
  Całość doskonale podsumowuje slogan reklamujący serial:


 
  Przez to historia perypetii grupy ocalałych jest wyjątkowo ponura. Jeżeli jednak Ci to nie przeszkadza, jak również nie masz nic przeciwko brakowi tabu oraz brutalności z elementami gore polecam bliższe zaznajomienie się z uniwersum. Warto, jako że ten specyficzny klimat można naprawdę polubić. 
  Trzymajcie się!
                                                                                                                Szarozielony 

środa, 13 lutego 2013

Doskonały śnieg na bałwana


  Wiele czynników przyczyniło się do dzisiejszego odwiedzenia parku. Nie najgorsza pogoda, bliska lokalizacja, chęć odreagowania wieści o wynikach egzaminu, który poszedł nie całkiem po mojej myśli oraz fakt posiadania czworonożnego sierściucha, który w teorii powinien takie wyprawy ubóstwiać. Whitney jest jednak psem wyjątkowym - podczas przypinania smyczy przed wyjściem patrzyła mi w oczy z głęboką pogardą. Na miejscu pokazała zęby dwóm rozkosznym szczeniakom bardzo zainteresowanym zabawą z nią. Przez większość czasu była pochłonięta wąchaniem i ryciem w śniegu. Zupełnie, jakby spodziewała się tam znaleźć jakieś skarby.
  Śnieg, powiadasz, pieseczku?
  Temperatura wynosiła w przybliżeniu trzy stopnie. Po schyleniu się i przebadaniu podłoża stwierdziłem, że biała breja idealnie się klei. Nie było bata - czułem się moralnie zobowiązany do ulepienia bałwana. Po raz pierwszy od dobrych dziesięciu lat. 
 
   Rezultat?

  Może i nie jest dziełem sztuki, ale ja poczułem się bardzo usatysfakcjonowany. Mając w pamięci wyczyny mojego poprzedniego psa, któremu w zabawie zdarzało się niszczyć bałwany zainteresowałem się, jak zareaguje na niego Suczka:


Whitney is not impressed

     Postronnego obserwatora może dziwić fakt, że człowiek jest bardziej ucieszony spacerem i zabawami w śniegu niż jego pies. Cóż zrobić? Moja psica jest po prostu wyjątkowa. 
  Odchodząc od miejsca, gdzie zostawiliśmy naszą konstrukcję zacząłem się zastanawiać czemu w miejscu tak często odwiedzanym przez dzieciaki z rodzicami nie ma żadnych bałwanów. Czyżby i one były reliktem minionej epoki niczym kultura podwórkowa? Ponure rozważania okazały się bezpodstawne - znaleźliśmy jeszcze jeden śnieżny obiekt, zbudowany ze znacznie większą dbałością o szczegóły. 

"Możemy ć do domu?"

   Wyprawa znacznie poprawiła mi humor. Postawa Whitney nie zmartwiła mnie ani trochę, gdyż już nauczyłem się z tym żyć. Uznałem, że te fochy po prostu dodają jej osobie specyficznego klimatu. Myślę, że i ona nie najgorzej się bawiła. 
  Spędziłem bardzo udany dzień. Życzę Wam tego samego. Trzymajcie się!
                                                                                                                      Szarozielony.