piątek, 7 czerwca 2013

O tym, jak poszedłem załatwiać‎ formalności i mało mnie szlag nie trafił

    Są w takie chwile w życiu każdego człowieka chcącego wpisać‎ sobie w dokumenty "wykształcenie: wyższe", że musi odpuścić‎ sobie zgłębianie tajników wybranej przez siebie dziedziny (a tajniki trzeba zgłębiać‎ szybko, bo za dwa dni będzie z nich egzamin) na rzecz kontaktów z administracją wydziałową. Niestety, nie są to spotkania czysto opcjonalne, ponieważ od załatwienia niektórych spraw w terminie zależy sporo rzeczy, takich jak niezostanie orżniętym na parę stów, lub wręcz niewylecenie na zbity pysk z wydziału. Tak czy owak, od czasu do czasu należy rzucić‎ wszystko w cholerę i spróbować‎ przed upłynięciem terminu dostać‎ się do dziekanatu.
  Co ciekawe, miejsce to z dziekanem ma niewiele wspólnego. Można wręcz zaryzykować‎ stwierdzenie, że dziekan jest ostatnią osobą, której można się tam spodziewać‎. Podczas gdy największa szycha na wydziale reprezentuje swoją jednostkę na zewnątrz i robi za pełnoetatowy autorytet nierzadko tłukąc się po całym świecie ktoś zajmuje się całym papierkowym syfem, któremu dziekan nie dałby rady podołać‎. Nawet gdyby chciał. Nie jest to zadanie dla typowego śmiertelnika, zatem udając się tam w celu załatwienia swojej sprawy jest ona rozpatrywana przez anioła lub demona. Innej opcji nie ma.
  Tego dnia zjawiłem się przed drzwiami dwie godziny przed otwarciem dla interesantów. Ostrożności nigdy za wiele, gdyż chciałem załatwić‎ niezbędne formalności od razu i przymusowe odkładanie tego na później byłoby bardzo kłopotliwe. A powód mojej wizyty był nie byle jaki: tego dnia postanowiłem rzucić‎ inne zajęcia związane z zaliczeniami i złożyć‎ w dziekanacie swoją pracę dyplomową. W dwóch egzemplarzach. Oprócz tego zobowiązany byłem przynieść:
- kilka swoich zdjęć - pani w zakładzie fotograficznym była tak miła, że usunęła większą część żądzy mordu z pierwotnej wersji mojej podobizny. Jej profesjonalizm i miła obsługa poprawiły mi humor do tego stopnia, że nad kwotą widniejącą na paragonie uroniłem jedynie symboliczną łzę.
- dowód wpłaty za dyplom, który (być może) otrzymam. Odniosłem wrażenie, że jak na kawałek przetworzonego drzewka kwota była nieco za wysoka. Przynajmniej o pięćdziesiąt złotych.
- wydruk z systemu antyplagiatowego - komputer nie stwierdził żadnego bezpośredniego zżynania z pozycji, które zawarłem w bibliografii (Hura!) natomiast zwrócił mi uwagę, że ciąg aż 26 słów z mojej pracy pokrywa się z wyrokiem wydanym przez sąd okręgowy w Olsztynie (WTF?)
- karta obiegowa - kupa śmiechu. Istnieje kilka biur, które muszą walnąć mi tam stempelek na znak, że jestem z nimi rozliczony. Po załatwieniu podpisu, że mam certyfikat na znajomość angielskiego (kij z tym, że ocena jest w systemie i mogli ją bez trudu przesłać) przyszła pora na biblioteki: wydziałową i ogólnouniwersytecką. Każda stemplem pracownika potwierdziła, że oddałem wszystkie książki. Bezpośrednią konsekwencją podpisania przez nie obiegówki jest likwidacja mojego konta bibliotecznego. Przed ostatnią i najważniejszą sesją. Nie no, w porządku - lubię wyzwania.
 - last, but not least - płytka CD z elektroniczną wersją mojej pracy. Chrzanić e-maile.
Stałem tak z plikiem papierów w rękach, podczas gdy za mną pojawiała się co raz dłuższa kolejka. W końcu naszedł czas, w którym dziekanat został otwarty dla plebsu.  Wziąłem głęboki wdech i przekroczyłem próg.
  Anioł, czy demon?
- Dzień dobry, przychodzę w sprawie złożenia pracy i załatwienia formalności z tym związanych.
- Już do pana idę.
  Hej, idzie nieźle!
  Pani z dziekanatu zaczęła przeglądać zawartość koszulki na dokumenty, którą położyłem na blacie. Formalne pierdoły z powyższej listy przeszły kontrolę bez śladu dezaprobaty. W końcu wzięła do ręki jeden z egzemplarzy rezultatu wielu godzin zmagań z Microsoft Wordem, otworzyła i zamarła.
  No to jestem w dupie. Na pewno coś schrzaniłem. Może oprawa jest uszkodzona? Może coś się niedodrukowało? A może wrzucili nowy wzór pierwszych stron wymaganych przez wydział i mi to umknęło? Ta niepewność jest dobijająca.
  Pani z kamienną twarzą obróciła ku mnie moją pracę. Była otwarta na pierwszej stronie. Moje nazwisko, majestatyczny tytuł, namiary na promotora. Wszystko OK. Musiała spostrzec, że nie dostrzegłem błędów w swoim zachowaniu i wskazała mi palcem na dół strony.
- Tu jest napisane "maj, 2013" - rzuciła
- W rzeczy samej, skończyłem pisać pracę pod koniec maja
- Ale teraz, kiedy pan próbuje ją złożyć, mamy już początek czerwca.
  Zachowaj spokój. Jeżeli teraz stracisz kontrolę, obedrze cię z resztek pewności siebie i godności. Potem wytrze tobą rozlaną kawę. I nie załatwisz tego, po co przyszedłeś.
- Cóż, Pani Promotor w pierwszych wersjach znajdowała od groma rzeczy do poprawki. Data na pierwszej stronie jest jedną z nielicznych rzeczy, do których nie miała żadnych zastrzeżeń - poszedłem na całość.
- Dobra, Stasia, zostaw! Nie ma co się czepiać - włączyła się niespodziewanie druga pani przerywając opróżnianie kolejnego kubeczka. Rzuciłem jej uważne spojrzenie. To nie był typ anioła, wręcz klasyczny demon. Na moje szczęście zbyt leniwy, żeby mnie uwalić. Stasia zmarszczyła nos i  przewertowała pracę. W końcu odłożyła cały mój pakiet i powiedziała, że jestem oficjalnie rozliczony z dziekanatem. Pożegnałem się i wyszedłem.
 Dopiero na zewnątrz mogłem pozbyć się pokerowej miny. Promotorka nie tylko podpisała się pod moją pracą, ale jeszcze ją pochwaliła. Cały dzień latałem jak pies z pęcherzem załatwiając wszystkie pierdoły wymagane przez dziekanat, oraz spędziłem wiele godzin na dopieszczanie pracy, poprawianie akapitów i pielęgnowanie czcionki. Wiele razy trafiałem na skraj załamania nerwowego gdy Word odmawiał udziału w takich przedsięwzięciach jak automatyczny spis treści czy numerowanie stron. W końcu, kiedy załatwiłem to, co miałem załatwić trafiła się czepialska baba. Gorzej! Czepialska baba z władzą. Szczerze współczułem pozostałym osobom w kolejce - mieli z nimi rozmawiać, kiedy były bardziej zmęczone i w gorszym humorze. Możliwe, że gdybym się nie postawił latałbym po punktach xero rozrywając okładki pracy i wymieniając pierwsze strony we wszystkich egzemplarzach.
  Ale skończyło się dobrze. Świadomość, że kolejny upierdliwy problem został właśnie zażegnany zawsze działa na mnie kojąco. W momencie, kiedy piszę te słowa mam za sobą wszystkie zaliczenia. Zamierzam spędzić resztę dnia w pełnym błogostanie - czego i Wam życzę. Trzymajcie się!
                                                                                                                            Szarozielony