niedziela, 7 grudnia 2014

Zdesperowany Owsiak

   Ostatnio śpię jak głaz. Położyłem się grzecznie spać koło północy i spałem twardo aż do momentu, w którym zadzwonił budzik. "Po co nastawiłeś budzik w niedzielę?" spytacie. Na wszelki wypadek, moi drodzy, na wszelki wypadek. Albowiem najmniej lubiana aplikacja na naszych telefonach obudziła mnie o godzinie 10:00. Tak to bym spał dalej. A czasu szkoda. Obróciłem się na plecy i rozkoszując się ciepełkiem kołdry i zająłem się obserwowaniem sufitu, czekając aż osiągnę pełną przytomność. Uwielbiam takie poranki. Wystudiowanym ruchem sięgnąłem po telefon i włączyłem wi-fi. Cóż dobrego wydarzyło się na tym cudownym świecie jaki przyszło nam zamieszkiwać?
   No żesz kurde.
   Zaraz po wyświetleniu się strony Wirtualnej Polski wiedziałem że będę potrzebował przynajmniej wiaderka wiadomej maści. Jednakże ból dolnych partii, jaki nastąpił po przeczytaniu tego artykułu jest jak najbardziej uzasadniony. 
   Po kolei.
   Jakiś czas temu cała Polska z zapartym tchem śledziła losy dwuletniego Adasia, który jakimś sposobem wyszedł w nocy na mróz gdzie jego organizm wychłodził się w niesamowitym stopniu, przez co malec znalazł się na pograniczu życia i śmierci. A nawet ciut dalej, gdyż według lekarzy to cud że nie umarł. Szczęśliwie specjalistom w szpitalu udało się go ocalić. Brawa dla nich. Nie pamiętam kiedy autentycznie ucieszyłem się czytając wiadomości.
  I wtedy zjawił się ON.
  Najlepszy człowiek we Wszechświecie. Bohater dzieci i młodzieży. Człowiek, który od ponad dwudziestu lat ratuje służbę zdrowia. Człowiek, któremu przynajmniej co drugie dziecko zawdzięcza życie (jeśli wierzyć internetowym Wdzięcznym Mamuśkom). Człowiek, w którego słowach na oko zbyt prostych jak na jego wiek kryje się nieoceniona mądrość. On jest najlepszy i już. Jeżeli w to nie wierzysz to jesteś seksualnym niewolnikiem proboszcza.
  Jerzy Owsiak.
  <Fanfary>
  Owsiak po wielkopańsku podziękował lekarzom, dzięki którym Adam wraca do zdrowia i poinformował że łaskawie wynagrodzi szpital."Zadzwoniłem do Janusza (on jest bardzo luźny, więc może bez pytania przechodzić na "ty") i powiedziałem: będzie niespodzianka w postaci urządzenia medycznego, bo zasłużyliście. Tak, jak wszyscy, którzy świetnie pracują w całej Polsce". Pomijając całe moje obrzydzenie dla tego typu zachowań z PR-owego punktu widzenia to kawał dobrej roboty. Organizuj zbiórki pieniędzy dla małych dzieci   wrzeszcząc o tym na prawo i lewo a w zamian staniesz się... bóstwem. Bóstwem, którego nie można skrytykować, bo jak można być przeciwko człowiekowi, który POMAGA MAŁYM DZIECIOM? Nie można go pytać o rozliczenia bo się zostanie nazwanym podłym wywrotowcem, któremu przeszkadza, że ktoś POMAGA MAŁYM DZIECIOM. Nie można się przyczepić, że na pomoc tym dzieciom idzie raptem połowa zebranych środków bo przecież on POMAGA MAŁYM DZIECIOM, więc niech chłopina bierze. Mamy tu mistrzowskie wykorzystanie Tarczy Charytatywnej - wielbią Cię i tracą dystans do Twojej osoby, bo POMA... a, wiecie jak to leci.
   Rodzi się pytanie, dlaczego Pan Owsiak (nie chcę z nim przechodzić na "ty") jak już wymyślił sobie że podrasuje sobie trochę wizerunek na nieszczęściu tego dziecka nie objawił się wcześniej, kiedy o życie Adasia wciąż walczono i wszelkie wsparcie mogło być potrzebne? Przecież ugrałby na tym znacznie więcej?   
   Wtopa, panie Owsiak, wtopa. Ja rozumiem, że trzeba się spieszyć z promocją swojej osoby, bo dostało się łomot w sądzie i z każdym rokiem przybywa owsiakosceptyków zniechęconych niejasnym finansami trójkąta  WOŚP - ZŁOTY MELON - MRÓWKA CAŁA (polecam się zapoznać) zwłaszcza, że niedługo znowu trzeba grać, no ale dałoby się to trochę lepiej rozegrać, nie? Bo z komentarzy pod artykułami jednoznacznie wynika, że wypadł pan bardzo niewiarygodnie. Do tego stopnia, że link artykułu już dyskretnie zniknął ze strony głównej WP.  
  Myślicie, że umieszczony tu apel "panie Owsiak, nie lansuj się pan na chorych dzieciach albo rób to pan chociaż trochę finezyjniej" ma jakiś sens? Oczywiście abstrahując od małej liczby wyświetleń bloga.
  Też uważam że nie. 
  No dobra, życzę Wam miłej niedzieli, a tym, którzy robili wielkie oczy na wieść o przegranym procesie podlinkuję pewną stronę. Polecam się zapoznać z punktem widzenia autora na WOŚP i pana Owsiaka, gdyż pod kątem merytorycznym bardzo ładnie kontrastuje z owsiakowym "miłość, małe dzieci i rock&roll!".
  To co, nie zaprzątajmy już sobie głowy takimi ludźmi i cieszmy się że z Adamem wszystko OK.
  Trzymajcie się!
                                                                                                                    Szarozielony


No, czas wetrzeć maść...

piątek, 25 lipca 2014

Wziąłem się za eksperymenty kulinarne i... nie umarłem!

  Witajcie!
   Czy zdarzyło się Wam kiedyś stać w kuchni i patrzeć zamyślonym wzrokiem na jadalną cześć jakiegoś zwierzątka spoczywającą na desce do krojenia podczas gdy tajemniczy głos szeptał Wam do ucha słowa takie jak "improwizacja", "spontan", "odkrywanie nowych horyzontów", "proces twórczy" i "może w końcu uda Ci się przyrządzić jadalnego indyka"?
   Zdarza mi się to dość często, jednak rzadko podejmowałem to ryzyko ze względu na:
1) ceny mięsa
2) oskarżenia konsumentów o próbę zabójstwa

   Tym razem odważyłem się pokombinować, gdyż od jakiegoś czasu przeżywam fascynację marynatami do mięs i sposobem, w jaki po wielu godzinach mięso zaczyna w końcu przejawiać niezwykle istotną i pożądaną cechę - smak.
   Podwinąłem zatem rękawy (metaforycznie, miałem na sobie t-shirt) i zabrałem się do pracy. Co ciekawe, bardziej niż Jamie Oliver czułem się raczej jak doktor Frankenstein. I tak oto powstał...

Grilowany indyk w ziołach

Składniki:

Jako, że nie pieczemy ciasta proporcje między składnikami możemy sobie dobrać według własnego uznania nie ryzykując katastrofy. Zatem będą Wam potrzebne:
  • Pierś indyka
  • Olej 
  • Suszony rozmaryn
  • Suszony tymianek
  • Musztarda
  • Sól 
  • Pieprz
  • Czosnek

Przygotowanie:

  • Obrać ostrym nożem wszelkie błony, kostki i krwawe ślady. Mięso ma wyglądać jak żywcem (he, he!) wyjęte z reklamy karmy dla kotów
  • Pokroić na kotlety
  • Zbić je tłuczkiem. Uwaga! To mięso jest delikatne, więc łatwo je rozerwać, a nam zależy na ładnych kawałkach. Wiadomo, że zjecie to niezależnie od walorów estetycznych, ale w ten sposób zbierzecie dodatkowe pochwały od współbiesiadników.
  • Do plastikowego pojemnika lub odpowiednio pojemnego naczynia wlać olej. Wsypać do niego sól i pieprz (dużo!) oraz rozmaryn i tymianek. Dodać do tego łyżkę lub dwie ulubionej musztardy. Do tej mikstury należy teraz wgnieść parę ząbków czosnku. Ja lubię dużo czosnku.
  • Wymieszać to wszystko widelcem, aż breja będzie tak jednolita jak to tylko możliwe.
  • Ułożyć w otrzymanej marynacie zbite kawałki indyka i bardzo dokładnie wymieszać. Mięso powinno być pokryte grubą warstwą na każdym fragmencie jego powierzchni.
  • Włożyć do lodówki i zapomnieć o nim na 24 godziny (ja zapomniałem na 48 - zero negatywnych skutków)
  • Smażyć na grillowej (najlepiej) patelni i przewracać mięso, aż po przekrojeniu będzie miało śliczny, biały kolor 
  • Naszła mnie właśnie refleksja, że w Ameryce z pewnością znajdzie się ktoś, kto za trzy ostatnie słowa z poprzedniego akapitu będzie chciał zamknąć mnie w jednej celi z gangiem handlarzy organów za szerzenie rasizmu.
  • Gotowego indyka serwować z takimi dodatkami, jakie nam pasują.
    W tym miejscu powinienem zamieścić fotografię dania, ale nie udało mi się go dostatecznie długo obronić. Co w sumie jest całkiem niezłą rekomendacją.

   A czy Wam zdarzyła się kuchenna improwizacja zakończona sukcesem?


niedziela, 18 maja 2014

Wyznawca Owsiaka rozrabia

   Ta niedziela była wyjątkowo śliczna, nawet bez porównywania do reszty ponurego i burzowego maja. W związku z tym udałem się na spacer po centrum Warszawy. Dreptałem sobie ulicą Marszałkowską ciesząc się słońcem, delikatnym acz ożywczym wiaterkiem. Cieszyły ucho odporne na smog ptaki, które ćwierkały uzyskując całkiem niezły efekt. Nie określę Wam gatunku, ponieważ mimo swoich szczerych chęci mój mózg odmawiał przyjęcia innego sposobu klasyfikacji latających zwierzątek niż:
  • Boćki
  • Łabądki
  • Cholerne wróble, które niszczą mi zioła na balkonie
  • Kaczuszki
  • Gołębie
  • Sikorki (to te z żółtym brzuszkiem, nie?)
  • Reszta
Gdyby był ze mną jakiś pasjonat ornitologii jak Xyhoo23 z Demotywatorów (pozdrawiam!) to zapewne wiedziałbym o śpiewających nam ptaszkach WSZYSTKO. Jednak szedłem sam.
   Ale i tak było super.
   Wtem z pasa po drugiej stronie ulicy dobiegły piski opon, ostry dźwięk klaksonu i wiązanka obciążona negatywnym ładunkiem emocjonalnym. Zerknąłem w bok licząc, że ujrzę krótką, acz bardzo intensywną scenę typową dla warszawskich arterii komunikacyjnych.
    Pomyliłem się, sądząc że zdarzenie będzie krótkie. Najczęściej dwoje (a raczej dwóch - sorry panowie, tutaj niestety wiedziemy prym) uczestników drogi rzuca w siebie mięchem i każde (każdy) udaje się w swoją stronę.
   W tym wypadku pasażer starszej, bordowej Toyoty wyskoczył z wozu i zaczął się drzeć na kierowcę sporego białego Audi co chwila szarpiąc za klamkę drzwi. Przystanąłem, patrząc jak się rozwinie sytuacja. Agresor zapakował się z powrotem do samochodu.
  Teraz się zaczęło.
  Na wysokości numeru 86, tuż koło przystanku tramwajowego Toyota zaczęła złośliwie blokować każdy pas, którym chciało pojechać Audi. Sytuacja była niebezpieczna, ponieważ mimo, że droga miała kilka pasów to ruch był spory z dużym udziałem autobusów.
   Chyba powinienem był coś zrobić.
   Może Toyota słusznie się bawi w blokadę policyjną? Może ten w białym przegiął pałę?
Przyjrzałem się samochodom. Zero widocznych śladów kolizji.
Przyjrzałem się pasażerom. Za kierownicą Toyoty siedział osobnik z przygłupią i agresywną gębą. W Audi siedziała para elegancko ubranych ludzi między 40 a 50 rokiem życia, wystraszony chłopiec (syn?) również w odświętnym stroju oraz jego siostra (albo wybitnie młoda ciocia). Wszyscy zdawali się zmierzać na jakąś imprezę rodzinną.
   Niby  nie powinienem był oceniać sytuacji po wyglądzie uczestników.
   Ale gdyby tamtędy przejeżdżała karetka?
   W jednej chwili z "kierowcy Toyoty " zacząłem o nim myśleć "kutas z Toyoty".
Opcje były dwie: bezpośrednia interwencja odpadała - samochód by się raczej nie przesunął, powstałby jeszcze większy chaos na drodze. Pozostało dobre ustawienie się i zbieranie materiału dowodowego. Zatem stanąłem przy jezdni i zacząłem kręcić filmy telefonem. Kiepski ze mnie operator, ale uchwyciłem akrobacje, które wyczyniał bordowy wóz i co najważniejsze, jego blachy rejestracyjne. Co ciekawe, jego właścicielowi nie przeszkadzała moja obecność. Przeciwnie.
- Kręć dalej i zostań aż policja przyjedzie - krzyknął do mnie przez otwarte okno.
- Jesteś pewien że chcesz tu być, jak policja tu dotrze? - spytałem zbity z tropu.
Nie odpowiedział.  Był zajęty pilnowaniem czy Audi nie próbuje go czasem wyminąć.
W międzyczasie zadzwoniłem na policję, która zjawiła się po jakichś dziesięciu minutach. Obaj kierowcy opuścili pojazdy. Czas na konfrontację.
   Wypowiedź kierowcy Audi:
  • Jechał z rodziną na czyjąś Pierwszą Komunię
  • Kutas z Toyoty jadący obok dwa razy wymusił pierwszeństwo
  • Otarł im zderzak (tu wskazał szramę na lakierze)
  • Był bardzo agresywny (to akurat widziałem)
   Wypowiedź kutasa z Toyoty:
  • Oni w niego walnęli
  • Niech kierowca Audi się cieszy, bo gdyby chciał to by go bez trudu "wyłuskał z zamkniętego samochodu" a tak to poczekał na policję (tu nastąpił szeroki uśmieszek i skrzyżowanie rąk na piersiach 
Przyjrzałem się mu. Czerwony na gębie, mimika twarzy sugerująca jeśli nie upośledzenie to przynajmniej lekki obłęd, śmierdzący, bardzo głośny i żadnej kultury poza bakteryjną. 
"Typowy ultras Jerzego Owsiaka", pomyślałem. Potem gość się odwrócił, żeby pogadać z jednym z policjantów. Szczęka mi opadła z radosnego zdziwienia.
Bo któż z nas nie lubi mieć racji?
Na jego skórzanej (a jakże!) kurtce mienił się wpierdylion naszywek. Wszystkie związane albo z WOŚP, z Woodstockiem albo Osiakiem samym w sobie. Przypomniałem sobie ile razy widziałem identycznie wyglądających ludzi, wyglądających jakby urwali się z odwyku i/lub więzienia wyłudzających z puszką "pieniążki na chore dzieci".  *
   Wszystko to sprawiło, że po pokazaniu filmów policjantom i zostawieniu na siebie namiarów poczułem się weselszy. Nie będę się krył - nie lubię ani Owsiaka, ani jego fanatycznych wyznawców.
   Ale nie będę drążył tego tematu.
   Bo Owsiak ratuje dzieci. Jest najlepszym człowiekiem na świecie.
   Jak nie lubisz Owsiaka to nienawidzisz małych dzieci.
   Ty potworze.**
Wracając do tematu: rozważam publikację filmów w Sieci.
Pytanie do Was: czy pokazanie numerów rejestracyjnych tego psychola podpada pod jakiś paragraf?
Pytanie drugie: jak Wam minęła niedziela?
Trzymajcie się!
                                                                                                                    Szarozielony





*"Chcesz mieć wgląd w dane finansowe projektu, który funkcjonuje za Twoje pieniądze? Pie***l się, faszysto!"
**Temat na osobną notkę.

piątek, 11 kwietnia 2014

Spojrzeć w oczy odbiciu w lustrze

   Psiakrew, jak ja nie lubię się golić.
   To jak jakiś nieszczęsny podatek od męskości. Człowiek się nasłucha o tym, jak to kobiety uwielbiają "dokładnie ogolonych, zadbanych mężczyzn", tylko po to żeby po brutalnej i nierzadko krwawej batalii stoczonej z własną gębą wyglądać jak skończony szczyl, przez co moja pełnoletniość była niejednokrotnie kwestionowana. Chciałoby się rzucić to wszystko w diabły i po kilku dniach systematycznego olewania golenia zapuścić dostojny, równomierny zarost podkreślający moją pozycję Samca Alfa. Niestety, moje policzki nie przejawiają tendencji do kreowania owłosienia, przez co po tygodniu bez maszynki mogę się pochwalić czymś na kształt opóźnionych w rozwoju baczków i wąsikiem godnym pedofila. Zatem alternatywa jest jeszcze gorsza.
   Westchnąłem zatem ciężko i zacząłem szperać w szufladzie w poszukiwaniu odpowiednich przyborów. Chwiejnym krokiem ruszyłem w stronę łazienki i dokładnie zamknąłem za sobą drzwi - ostatnią rzeczą, jaka mi była potrzebna w tych ciężkich chwilach to pełne pogardy spojrzenie wszędobylskiego psa.
   Zrezygnowany spojrzałem w lustro, prosto w oczy swojego niewyspanego i już lekko wkurzonego oblicza.
- Znowu się spotykamy - rzuciłem.
- Nie wyglądasz na zadowolonego z tego powodu, chcesz o tym pogadać? - odparło oblicze.
Pokręciłem głową mocując się z nowym pojemnikiem żelu do golenia. W końcu udało mi się odmierzyć odrobinę i zacząć ją wcierać w twarz. Z efektem przekraczającym wszelkie oczekiwania.
- Jak to jest, że z małego niebieskiego gluta powstaje tyle piany, że wystarczyłoby również na ogolenia łba? - zacząłem marudzić.
- Musisz się przyzwyczaić - odparł spokojnie mój towarzysz doskonale imitując moje ruchy i grymasy.
Przejechałem maszynką po szyi. Efekt wyglądał nieźle, choć niestety po przesunięciu palcami wciąż było czuć upierdliwe, szorstkie drobinki.
- Tyle razy namawiali mnie, żebym przerzucił się na ten żel. A kiedy przyszło co do czego to efekt jest praktycznie taki sam. Jakieś kiepskie rady ostatnio dostaję - burknąłem.
- A czy wspomniałeś doradzającym ci osobom o twoim nieuzasadnionym zamiłowaniu do gównianych jednorazówek? - spytało moje drugie ja ostrożnie goląc podbródek.
   Psiakrew, jak ja nie lubię się golić.
   Ogólnie rzecz biorąc szyja wyglądała całkiem nieźle, najwyższy czas było przejść w stronę górnej wargi, który był regionem krytycznym z jednego, bardzo nieprzyjemnego powodu.
- Czemu nie odłożysz odrobiny kaski i nie usuniesz sobie tego pieprzyka, skoro tak cię wkurza? - spytało odbicie ostrożnie manewrując ostrzem wokół drażliwego i mocno ukrwionego punktu.
- Nie wkurza mnie.
-Wielokrotnie słyszałem, jak spływając krwią odgrażałeś się, że weźmiesz nóż od owoców i usuniesz go domowymi metodami. Pieprzyk, nie nóż, rzecz jasna - wyszczerzył się wrednie mój sobowtór - Jak byś to zrobił od razu po wypłacie na stażu to miałbyś teraz święty spokój.
-Zawsze zastanawiało mnie to twoje perwersyjne upodobanie do wytykania mi zaniedbań w dbaniu o wygląd. Czemu nigdy nie masz ochoty na pogawędki o czymś innym?
- Wedle życzenia. Jak tam twój blog?
   Psiakrew, jak ja nie lubię się golić.
- Miałem na myśli, żebyś ogólnie przestał mi wytykać zaniedbania... - odparłem zły.
- Jakbym ci zaczął słodzić to zrobiłbyś się tłusty - zakpiło odbicie
-... I szczęśliwy - nie mogłem się powstrzymać.
- Nie wykręcaj mi się tu docinkami. Co z blogiem?
- A co ma być? - spytałem, płucząc maszynkę.
- Jak to co? Ostatnia aktualizacja: piątek, 7 czerwca 2013 roku.
- Gdybyś się czasem podzielił swoją dobrą pamięcią to miałbym z głowy problem kilku egzaminów poprawkowych.
- Nie pamięci powinienem ci użyczyć, a spostrzegawczości - zarechotał mój irytujący, lustrzany klon - Dla przykładu: zauważyłeś tę dziewczynę, która 30 września 2011 roku nie spuszczała z ciebie oczu przez całą imprezę?
- Co? Nie.
- A ja tak.
- Ale z ciebie perfidny kutas - warknąłem. Sekundę później dostrzegłem głębszy sens w tym, co właśnie powiedziałem i wkurzyłem się jeszcze bardziej.
-Dobra, powspominaliśmy sobie, a teraz do rzeczy: jak wyjaśnisz swoje zaniedbanie w kwestii swojej rozkosznej twórczości? - zapytało lustrzane odbicie ścierając krew sączącą się ze świeżego zacięcia.
- Nie mam weny - odparłem udając, że w całości pochłania mnie operowanie maszynką.
- Nie pierdziel mi tu. Tematów masz od groma. Odbyłeś dwie praktyki studenckie w tym jedną, klękajcie narody, płatną. Dałeś sobie wyprostować zęby. Zdałeś z wynikiem pozytywnym dość ważny egzamin, napisałeś pracę dyplomową, tu pragnę wspomnieć że brak problemów zawdzięczasz między innymi treningowi blogowemu. Podszkoliłeś się w gotowaniu. Zostałeś ojcem...
-Co?!
-Spokojnie, żartuję. Tak czy siak, na brak kwestii do poruszenia nie możesz narzekać. Jak chcesz, to możesz nawet opowiedzieć o swoich relacjach z Whitney.
-Lub...
-Lub ich braku - uśmiechnęło się z wyższością oblicze.
Dyskusja z kimś, kto zna nawet najskrytsze myśli rozmówcy jest stresującym przeżyciem.
- Pragnę Ci również przypomnieć, że sporo osób czeka na aktualizację.
- Tak, wszystkie dziesięć - sarknąłem.
- Z taką konsekwencją w zamieszczaniu nowego kontentu ciężko się dziwić.
- Używasz określenia "kontent"? Nigdy w życiu nie posłużyłem się tym określeniem!
- Ja tu jestem od wytykania idiotyzmów. Weź się ogarnij z tym blogiem. Przypominam Ci o Twoich marzeniach o pisarstwie.
- Zapomniałeś wspomnieć, że skazanych na porażkę.
- Twórcę doceniają odbiorcy, a tobie pewna śliczna i sympatyczna panna niedawno zarzuciła talent pisarski, pamiętasz?
- Pamiętam.
- Może pokażesz jej, że rzeczywiście ma rację? Kobiety kochają mieć rację i lubią zdolnych facetów. Dwie pieczenie na jednym ogniu, kolego!
- ...
- Poza tym, to jedyne co ci jako tako wychodzi. Powinieneś szlifować tę umiejętność.
- Dzięki za zastrzyk pewności siebie - sarknąłem spłukując z twarzy resztkę piany - Pogadałbym jeszcze, ale spóźnię się na wydział. A nie chciałbym się tłumaczyć upierdliwemu ćwiczeniowcowi, że to przez lustro, które truło mi dupę.
- Swoją drogą ciekawe, co by powiedział o tym wszystkim Freud - uśmiechnął się szeroko mój lustrzany odpowiednik.
- Gdyby mnie interesowało, co myślałby Freud o czymkolwiek, to wszedłbym na pierwszą lepszą stronę porno i wstukałbym w wyszukiwarkę "stepmother" - rzuciłem nakładając koszulę.
  Sobowtór zaniósł się szczerym śmiechem.
- Sarkazm! To lubię! Tak masz właśnie pisać. Skoro masz wenę na takie odzywki to wieszczę twojemu blogaskowi powodzenie. Tylko jedna drobna uwaga: popracuj nad szatą graficzną strony, chyba że planujesz zmienić pseudonim na "Sraczkowaty".
   Wpieniony do białości wyszedłem z łazienki.
   Psiakrew, jak ja nie lubię się golić.



***

   Po wyjściu Szarozielonego jego odbicie w lustrze wciąż cicho chichotało zadowolone z przebiegu konwersacji. W przerwach mamrotało pod nosem co lepsze swoim zdaniem teksty. Zamarło, gdy usłyszało trzeszczące drzwi. Po kilku sekundach nagłej ciszy wychyliło się, żeby zerknąć w stronę wejścia do łazienki. Odetchnęło z ulgą.
- Whitney! Cześć, suczko. Chodź tu do mnie, daj łapkę! Dobra psiałczyna! Chodź, chodź! - zaszczebiotał sobowtór klaszcząc w dłonie. 
Owczarek niemiecki płci żeńskiej zmierzył go pogardliwym spojrzeniem przymkniętych oczu po czym prychnął, obrócił się i opuścił pomieszczenie.
Lustrzany Szarozielony został sam. Nastrój euforii kompletnie go opuścił.
- Suka - burknął.








Notka dla zaniepokojonych i złośliwie ucieszonych

Autor powyższego tekstu nie cierpi na żadne zaburzenia, a cała przedstawiona sytuacja to swojego rodzaju chwyt literacki. Koncepcja została obmyślona przez autora dzisiaj przy prasowaniu i bardzo przypadła mu do gustu.